Stało się coś zdumiewającego, „Costa Concordia” , nowy, nowoczesny, wyposażony według najnowszych i najbardziej wyśrubowanych standardów statek rozpruwa sobie dno, przewraca i osiada na dnie, giną ludzie… Pomyślałem sobie, po przetarciu oczu z samego rana, po przeczytaniu i obejrzeniu wiadomości, że coś napiszę na ten temat, bo, w końcu, zacytuje klasyka: „Jak nie my, to kto???”. Bo też i tak się składa, że to moja działka, jeden z tematów na których sie znam, jak chyba niewielu blogerów, bo chociaż na Wybrzeżu jest nas silna grupa , to na pasażerach nie pływali.

 

No, dobra, generalna uwaga, niewiele wiemy, co się stało, w doświadczenia wiem, że w warunkach, jakie były wtedy na Morzu Tyrreńskim, czyli dobrej widoczności i niezłej pogodzie nic takiego nie mogło się stać bez jakiejś koszmarnej pomyłki ludzkiej. Nie ma takiej możliwości, by wszystkie systemy nawigacyjne na mostku pokazały złą pozycję do takiego stopnia, by statek wszedł na skałę. A innej przyczyny rozprucia dna na długości kilkudziesięciu metrów i przechyłu  nie ma. Black out i zdryfowanie? Być może…. 

Były już przypadki, na greckim statku, że na mostku nikogo nie było, bo akurat wszyscy oglądali mecz piłki nożnej w kabinie kapitana, statek walnął na pełnej prędkości w falochron, 80 osób zginęło. Opisywałem swego czasu inny przypadek „Pietrozavodsk”, w 

http://lubczasopismo.salon24.pl/seawolf.podroze/

 

http://seawolf.salon24.pl/221700,petrozavodsk-czyli-herostrates

 

wszyscy narąbani, nikogo na mostku, statek walnął w Wyspę Niedźwiedzią i już tam został, jako atrakcja turystyczna, pewnie niedługo Unesco wpisze na listę zabytków. No, ale nie ma to nic wspólnego z Costą, to porządna , wielka firma, i takich numerów tam nie ma z całą pewnością. Aha, tu dodam, że ja też nic z tym nie mam wspólnego , nie było mnie na żadnym z tych statków , mam alibi. Teraz też, OKAY!?

 Wyjście z Civitavecchi jest doskonale znane, sam tam byłem wielokrotnie, i będę niedługo, to nie jest Antarktyda, statki tam pływają tysiące lat, bo to brama do Rzymu, mapy są dostępne i dokładne, uaktualniane, nie ma możliwości, by nagle tam znaleziono jakąś skałę, jak kiedyś się udało ( wchodząc na nią) QE2 na Karaibach. Jak skały nie ma na mapie, to nic się nie poradzi, niczyja wina. Choć zawsze się pływa z zapasem, uwzględniając kołysanie, falowanie,  squat, czyli  zmiany zanurzenia w zależności od prędkości, pływy, fazy Księżyca i wiele innych czynników. Jeden z moich poprzednich statków, „Albatros”, teraz już się nim golimy, bo pocięli staruszka na złom, rozpruł sobie 80 metrów bieżących dna, wchodząc na pełnej prędkości na skałę pod Wyspami Brytyjskimi. Skała była na mapie, ale jak patrzyłem potem ( bo było to przed moją tam pracą) na mapie, tzw. sążniowej ta skała była bardzo słabo widoczna, ot, taki punkcik, jak mapa akurat była parę razy złożona na tym punkciku, to nieuważny nawigator mógł po prostu przejechać ołówkiem, wyznaczając kurs i nie zauważyć. Bywa i tak, co tu ukrywać. Nie pierwszy raz w historii i pewnie nie ostatni. No, ale teraz jest inaczej, mapa papierowa leży na mostku, jako potwierdzenie tego, co widzimy na mapie elektronicznej. Zawsze gonię kadetów, by nie ufali GPSowi i robili pozycje z radaru- namiar plus odległość, dwa namiary, trzy namiary, dwie odległości… Raz, raz, raz, co trzy minuty, bo łatwo nabiera się nabytków admiralskich, to znaczy siedzi leniwie w fotelu i gapi w ekran. A ekran może się mylić. Albo się nagle wyłączyć, nie raz i nie dwa się zdarzało. 

Jak słyszę, katastrofa nastąpiła dwie godziny po wyjściu statku, to jest najgorszy moment. Dzień embarkacji pasażerów to piekło na ziemi, czy raczej na pokładzie, w tym samym czasie przeważnie są dostawy żywności, paliwa, części, materiałów, panuje chaos, krzyki i zgrzytanie zębów. Przeważnie, bo nie wiem, jak to było w tym przypadku, statek przychodzi wczesnym rankiem, załoga przenosi tysiące waliz i toreb na terminal, pasażerowie stopniowo schodzą do autobusów jadących na lotnisko, załoga gorączkowo, bo za chwile przyjeżdżają nowi pasażerowie,  sprząta kabiny, wymienia pościel, dopieszcza kabinki, jeszcze czekoladka na poduszkę, jeszcze szampanik w kubełku, rzut oka i dalej, dalej, bo za chwile trzeba się odpicować i biec do recepcji, bo pierwsze autobusy z lotniska właśnie zajechały. A marynarze w tym czasie malują i lakierują gorączkowo, co się da, bo w czasie podróży nie można, bo zaraz pasażerowie dostają spazmów, że im zapach farby przeszkadza i chyba zaraz umrą i chcą w związku z tym milion dolarów odszkodowania.  A jak nie milion, to chociaż darmowy bilet.

 

No więc, jak już wszyscy są na pokładzie, robi się szybko alarm, pokazuje Muster stations, pasy ratunkowe, szalupy i właściwie w biegu rzuca cumy i wychodzi, bo rozkład goni. Wszyscy są skonani, pasażerowie też, bo cały dzień mieli zwariowany, lot, rozpakowanie się , nowe miejsce, kilometry korytarzy , kilkanaście pokładów, zgubić się łatwo. Na razie wiedzą, gdzie jest restauracja, bo o 22 kończy się kolacja.

 

Nie wiem, co się działo na mostku, dwie godziny po wyjściu kapitana już przeważnie nie ma na mostku, albo ma uroczysta kolację, albo cocktail, choć w dzień embarkacji raczej już nikt nie ma do tego głowy, więc raczej już u siebie w kabinie. Na mostku zostają młodzi oficerowie , nieraz bardzo młodzi. A nieraz tacy, że człowiek się zastanawia, skąd go, kurna przysłali, skoro nie umie tego, co powinien po pierwszym roku szkoły morskiej.

 

No, ale nie chce tu oskarżać nikogo, bo nic na ten temat nie wiem, wiec nie będę się wymądrzać. Z pewnością ten przypadek będzie analizowany , a orzecznictwo będzie omawiane na kursach i w biuletynach. Wtedy napiszę więcej. Na razie napisze o tym , co wiem i co stało się tragiczną przyczyną śmierci pasażerów. Jeśli prawdą są doniesienia medialne, ci , co zginęli, skoczyli do wody. Szok termiczny, lodowata woda w styczniu, wiadomo, dziwne, że tylko trzy osoby zginęły, jeśli dopuszczono do tego, by ludzie skakali do wody, choć miejsc w szalupach i tratwach zawsze starczy dla wszystkich z zapasem. Naczelna zasada, unikać kontaktu z wodą, wchodzić „na sucho” do szalup, bo mokry człowiek traci ciepło wielokrotnie szybciej, a to jest główny zabójca na morzu. Zatem dopuszczono do paniki, zawsze powtarzam na wszystkich treningach- dopuścisz do paniki- zginiesz ty i ten, co panikuje! Nieraz i dałem się spoliczkować dla lepszej demonstracji, raz przez stewardessę, co konia mogła zdusić jedna ręką. Ale co tam, dla lepszego treningu, dla sprawy, znaczy.

 

Niestety, nienawidzę wielkich statków, moje ulubione statki to 200-300, no, 500 pasażerów, można się zaprzyjaźnić ze wszystkimi, poznać po imieniu, łatwiej wysłać na wycieczki i przyjąć z powrotem, nakarmić, pokazać show, teraz ekonomia wymusza budowanie statków coraz większych i większych , do granic absurdu. 4 tysiące ludzi na statku to wielkie wyzwanie dla bezpieczeństwa , opanować taka masę ludzi jest niezwykle trudno.

 

I pływając na różnych statkach, mogę powiedzieć, że Włosi są mili, towarzysko i w ogóle, gotują na kolację super pastę z parmezanem i na winach też się znają, ale organizacje maja koszmarną. No, koszmarną. Wiem, bo dla włoskiej kompanii managerskiej pracuję od kilkunastu lat. A Costa to firma włoska i włoski jest cały management. Wszyscy oficerowie to Włosi. Tyle powiem.

 

Widzę dwa problemy, które w najbliższej przyszłości odbiją się czkawką wszystkim marynarzom, jak po każdej takiej katastrofie.  Pierwszy, to nawigacja, organizacja pracy na mostku kapitańskim. Dwa, to ewakuacja, jak słyszę , chaotyczna, z paniką na pokładzie, która była bezpośrednią przyczyna śmierci pasażerów. To znaczy, tu pisze o swoich obawach, że przez najbliższe miesiące będziemy mieli, jako marynarze, wzmożone kontrole Coast Guardu i wszystkich lokalnych administracji w odwiedzanych portach. Jak zatonął „Herald of Free Enterprise” wewnątrz portu , dosłownie 200 metrów od nabrzeża, bo nie domknięto furty dziobowej, to wszystkie promy musiały wprowadzić sygnalizację zamknięcia wszystkich otworów w burtach, zresztą bardzo dobrze, to wielka pomoc. Jak zatonęła „Estonia” to promy w ogóle zaspawały furty dziobowe, potem po cichu odspawały, bo załadunek i wyładunek promu z jedna furtą, tylko rufową, to koszmar.

 

I tak dalej, jak się jakiś statek spektakularnie spali, to inspekcje przez następne miesiące sprawdzają sprzęt przeciwpożarowy, jak zrobi dziurę w dnie, to sprawdzają grodzie wodoszczelne i stateczność, penetracje poprzez grodzie itd.

No, a teraz na pewna będą nas „trzepać” sprawdzając organizację alarmową i sprzęt nawigacyjny. No, ale nie szkodzi, my zawsze gotowi. Pół życia spędziłem trenując załogi na taką okoliczność, gdy robiłem sobie przerwę od rutyny i pracowałem, jako Safety i Marine Superintendent, jeżdżąc od statku , do statku i powtarzając po kilkanaście godzin dziennie wszystkie etapy organizacji obrony statku i ewakuacji i jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze. Jak trzeba było, to do drugiej w nocy.

 

No, dobrze, na razie tyle, jak coś będziemy wiedzieli, to wrócę do sprawy.

I wklejam bardzo ładny filmik z Costy:

 

 

P.S. Zachęcam do czytania felietonów w GPC (dzisiaj o honorze z zaślepką, strona 10)

 

http://freepl.info/seawolf

http://gpcodziennie.pl/autor/seawolf

http://niepoprawni.pl/blogs/seawolf/

http://niezalezna.pl/bloger/69/wpisy

http://seawolf.salon24.pl/