…słyszy się albo i czyta czasem, gdy ktoś chce swoją dezaprobatę dla wykraczających poza uznane powszechnie normy, sytuacji czy zachowań wyrazić.
Określenie to świadczy tak naprawdę o zmianach, jakie zaszły w odbiorze (teraz to się nazywa „konsumpcji”) sztuki.
Bo cyrk przez tysiąclecia, do czasów upowszechnienia skrzynki, umożliwiającej oglądanie ruchomych obrazków we własnym domu, był pełnoprawną dziedziną sztuki.
Jeszcze w 1999 roku, w położonym w Puszczy Kampinoskiej Julinku, absolwenci kultowej (jedynej w Europie!) Państwowej Szkoły Cyrkowej, otrzymywali tytuł aktora cyrkowego.
Jeszcze w 1999 roku, w położonym w Puszczy Kampinoskiej Julinku, absolwenci kultowej (jedynej w Europie!) Państwowej Szkoły Cyrkowej, otrzymywali tytuł aktora cyrkowego.
Dziś, gdy animacja komputerowa jest w stanie stworzyć złudzenie realności dowolnej, najbardziej nieprawdopodobnej sytuacji, zapotrzebowanie na unikalne, często będące na pograniczu ludzkich możliwości umiejętności – zanikło.
No właśnie, czy rzeczywiście zanikło?
Czy nie ma zapotrzebowania na umiejętności wymagające talentu, popartego wyczerpującymi, bywa, że i ryzykownymi ćwiczeniami?
Na sztukę, w której zręczność, wytrzymałość, siła, improwizacja wreszcie, odgrywają kluczową rolę?
Szkoła cyrkowa w Julinku została zamknięta, jej wyposażenie – zmarnowane, wychowankowie – rozproszeni po kraju i świecie.
Typowy, chciałoby się rzec, obraz.
No właśnie, czy rzeczywiście zanikło?
Czy nie ma zapotrzebowania na umiejętności wymagające talentu, popartego wyczerpującymi, bywa, że i ryzykownymi ćwiczeniami?
Na sztukę, w której zręczność, wytrzymałość, siła, improwizacja wreszcie, odgrywają kluczową rolę?
Szkoła cyrkowa w Julinku została zamknięta, jej wyposażenie – zmarnowane, wychowankowie – rozproszeni po kraju i świecie.
Typowy, chciałoby się rzec, obraz.
Nie do końca.
Na krańcu Polski, 13 km od granicy z Białorusią, w naszej, ośrodkowej szkole, powstaje profesjonalnie wyposażona pracownia do zajęć cyrkowych.
Taka prawdziwa: z lustrami, linami, materacami, piłeczkami, kijami itp.
Pomysł urodził się w głowach Pani Ani, która jest pedagogiem cyrku i wychowanków.
Pracownia będzie w szkole ośrodkowej, ale ma służyć do użytku wszystkim – również chłopcom z bursy.
CyrkSOWnia* będzie się nazywała – taką nazwę wymyślili chłopcy.
Dzięki niej, oprócz (najczęściej letnich) treningów w plenerze, będzie można ćwiczyć pod dachem, gdy pogoda na zewnątrz nie sprzyja.
Dlaczego używam czasu przyszłego, piszę, że pracownia będzie, a nie jest?
Bo właśnie powstaje – a to jest cały proces.
Przeznaczone do tego pomieszczenie chłopcy, pod kierunkiem Pana Jacka, który jest plastykiem, własnoręcznie przygotowują.
Zanim się będzie ćwiczyło żonglerkę czy ekwilibrystykę, trzeba wykonać zupełnie prozaiczne czynności - zeskrobać ze ścian starą farbę, zaszpachlować, zagruntować…
Dopiero potem można namalować dekoracje.
Zanim się będzie ćwiczyło żonglerkę czy ekwilibrystykę, trzeba wykonać zupełnie prozaiczne czynności - zeskrobać ze ścian starą farbę, zaszpachlować, zagruntować…
Dopiero potem można namalować dekoracje.
Tak, jak to widzicie Państwo na zdjęciach.
Nietypowość naszego Ośrodka polega i na tym, że jako wychowawcy pracują tu także wolontariusze z obcych, często zamorskich krajów, od których można się dowiedzieć o rzeczach nieobecnych w żadnych podręcznikach, a czasem i w mediach.
Że kto chce, może się uczyć jazdy konnej, a za chwilę uzyska szansę doskonalenia się w sztuce cyrkowej.
W środowiskach, w których funkcjonują nasi chłopcy, wbrew pozorom, ceni się konkretne umiejętności. Takie prawdziwe – niepozorowane.
Nawet tak wydawałoby się, ekstrawaganckie, jak żonglerka pochodniami czy piłeczkami, czy choćby opisane już we wcześniejszym tekście chodzenie po linie.**
To są umiejętności, którymi można zaimponować na swoim podwórku, kolegom albo dziewczynie.
Które pozwalają na pokazanie się bez jakichkolwiek kompleksów przed szerszym, często wymagającym audytorium.
Na przykład podczas najbliższej edycji naszego Festiwalu Młodzieży Bez Granic, kiedy to nasi chłopcy dadzą pokaz swoich umiejętności.
Na przykład podczas najbliższej edycji naszego Festiwalu Młodzieży Bez Granic, kiedy to nasi chłopcy dadzą pokaz swoich umiejętności.
Pierwszą próbę mają już za sobą.***
Ale możliwe, że najważniejsze jest to, że kiedy nasi chłopcy wrócą z Różanegostoku do tzw. normalnego życia i z zaskoczeniem skonstatują, że w tym zdawałoby się normalnym świecie, wiele spraw jest… postawionych na głowie, dzięki nabytym w CyrkSOWni umiejętnościom, będą umieli sobie z tym poradzić. :-)
------------------------
* Dla niewtajemniczonych: SOW – Salezjański Ośrodek Wychowawczy.
DUCHOWI SYNOWIE ŚW. JANA BOSKO - OJCA I NAUCZYCIELA MŁODZIEŻY

Jednak z kultowością szkoły w Julinku bym nie przesadzał - papierek "artysty cyrkowego" dawała, ale jak w wielu państwowo administrowanych rejonach - w rzezywistości dość skutecznie działała na niekorzyść tradycji i rozwoju tej sztuki.
Zapewne, w wiekach średnich ... Ale już od czasów Odrodzenia cyrk nie cieszył się takim prestiżem, jak teatr, muzyka, malarstwo czy literatura.
Abonowano loże w teatrze, a nie w cyrku.
A taki kapitan Fracasse - przecież jego występy w cyrku praktycznie go zdeklasowały!
A nasz rodzimy Nikodem Dyzma wzbudził mieszane uczucia w "mondzie", ponieważ zaprosił znajome panie do ... cyrku. I uszło mu na sucho tylko dlatego, że to był Wielki Dyzma ;-D
P.s. Zgadzam się, że obecnie cyrk potrafi być niezwykle widowiskowy. Ach, te festiwale sztuki cyrkowej w Monako, którym patronuje rodzina książęca!
Ująłbym to tak – w Związku Sowieckim, do ostatnich dni, występujący w cyrku nie tylko nosili tytuły artystów, ale wręcz nagradzano ich (niektórych, oczywiście) tytułami "zasłużony artysta Związku Sowieckiego".
Ba! Cyrki sowieckie mieściły się nie w namiotach, a specjalnych i do tego często bardzo efektownie wyglądających budynkach.
Tak się składa , że książkę Kapitan Fracasse czytałem, i o ile mnie pamięć nie zawodzi, bohater wstąpił nie do trupy cyrkowej, a aktorskiej, gdzie z przyprawionym nosem i tępym rapierem (którym, nota bene, obił opryszków nasłanych na kochaną przez niego aktorkę) zbierał kuksańce na scenie.
Fechmistrzem zresztą był znakomitym i nie tylko się nie zdegradował co, jak to w książkach, uwolnił ukochaną od prześladowcy (księcia i jak się okazało przyrodniego brata !) , ale i odzyskał należny mu status. :-)
Szanowny Brenie,
Szczerze mówiąc, nic mi nie wiadomo o tym, by cyrkowa szkoła w Julinku "w rzeczywistości dość skutecznie działała na niekorzyść tradycji i rozwoju tej sztuki", ale skoro tak twierdzisz, to nie wypada mi zaprzeczać.
Inna rzecz, że gdy czytam wspomnienia dawnych absolwentów (i mieszkańców) Julinka), to wyłania się z nich obraz żmudnej nauki (numer cyrkowy szykowano 3-4 lata), w początkach często o głodzie i chłodzie.
Ale możliwe, że czas wygładza kanty :-)
Pozdrawiamy !
i pozdrawiam :-)
A papierek określający klasę artysty (co wiązało się z obowiązkową drabinką wynagrodzeń) niekoniecznie otrzymywał najlepszy, ale - nieco inaczej zaangażowany...
Mówiąc w skrócie - PRL w pigułce, co w zderzeniu z "cygańską", a zarazem - wydawałoby się - wymierną dziedziną było szczególnie ponure.