Okazuje się że w niemocy leży prawdziwa moc. Moją pasją dzieciństwa, wymuszoną przez PRL, było zbieranie znaczków. Dobór eksponatów do klasera w znacznej mierze był przypadkowy, w większości jednak znaczki były produkcji bloku socjalistycznego. Głównie chińskie, polskie, rosyjskie. Cała przyjemność posiadania albumów ze znaczkami, polegała na możliwości wymiany, papierowych okazów z innymi zbieraczami. Wszystko odbywało się według obowiązujących prawideł handlu, należało zebrać wymarzoną kolekcję, czyli taką która wyglądała najlepiej. Według kryterium własnego widzi mi się, bez większego znaczenia i określonej wartości. Zupełna swoboda. Czyli sama słodycz tamtych lat, lub prawdziwa moc w systemowej niemocy.
Okazuje się jednak, że dzisiaj w szalonych latach wirującej mamony, znaczki stanowią świetną inwestycję. Wyprodukowany w 1904 roku znaczek z podobizną Edwarda VII, został sprzedany za 375 tysięcy funtów. Wartość takich egzemplarzy zależy głównie od ilości ich występowania na świecie. Im mniej takich znaczków, tym lepiej dla kolekcjonera, zwiększa to bowiem ich wartość. Chociaż to nie jedyny faktor. Popyt, oraz zasobność portfela potencjalnego nabywcy również nie są tutaj bez znaczenia. Wiadomo przecież, i jest to kolejne prawidło świata sztuki oraz rzadkich eksponatów, iż aby dany produkt, obojętnie jaki, mógł zostać sprzedany po niebotycznej cenie, musi znaleźć się zapaleniec, godzący się wydać kilkaset tysięcy funtów, dolarów czy jenów, za kawałek papierka. Niezbędny jest tutaj również pośrednik, który przekona nabywcę o trafności takiej inwestycji oraz jej wyjątkowości.
Po cichu muszę dodać, że znaczki kolekcji bloku państw socjalistycznych, te liczące nawet kilkadziesiąt lat nie osiągną takiego pułapu cenowego. Dlaczego? Socjal art, dziwnym trafem nie cieszy się zainteresowaniem inwestorów. Może jednak, kiedyś będzie inaczej. Stąd znaczki przedstawiające Łajkę w kosmosie oraz stachanowców wykonujących 200 procent normy trzymam w specjalnej półce z napisem, „na lepsze czasy”.
Inny równie ciekawy kąsek, stanowi znaczek o nominale 24 centów z 1918 roku. Przedstawiający dwupłatowy samolot Curtis JN-4. Rzadka seria tych znaczków, niewielki bloczek, został sprzedany za 3 miliony dolarów.
Ostatecznie jednak nie ma większego znaczenia w co inwestujemy wolne środki. Mogą być nawet znaczki.
Że Bóg co się od ciebie cnoty nie poucza
Drzwi Sztuki zamknął szczelnie dla twych wyglądań chytrych
Wzgardził kluczem, ciekawcom wskaż dziurkę od klucza
A dla siebie w zanadrzu miewaj zawżdy - wytrych

Ojciec je kochał.
Proszę nie lekceważyć żadnej pasji,
pasje nie są związane z ustrojem, premierem, prezydentem.
jeżeli je mamy - istniejemy. Inaczej nas nie ma
Sama prawde piszesz o tych podworkowych wymnianach, dzieki za przypomnienie.
Pozdrawiam
Za komentarz dziękuję i pozdrawiam
U mnie kwitł również handel wymienny puszkami po piwie. Pamiętam te rarytasy na swojej półce, holenderskie i niemieckie były najcenniejsze. W naszej młodzieńczej PRL-owskiej rzeczywistości. Oczywiście prawdziwymi skarbami były puszki niewymiarowe, to znaczy 2l, lub 5l beczółki. Ustawiało się je w środku kolekcji, skrupulatnie obudowując całość innymi mniejszymi puszkami. Piramidy szczęścia i dumy. I pomyśleć że wszystkie one były puste.......
Pozdrawiam.