W Białymstoku realizowaliśmy projekt szkoleniowy dla dużej firmy telekomunikacyjnej. Firma miała gest i fundowała nam Hotel Gołębiewski - all inclusive. Pamiętam piękne kolacje. Skromne ale estetycznie wyrafinowane, które były piękną nagrodą po całym dniu szkolenia. No i rześki początek dnia – basen....
Po tym projekcie przyszedł następny – dla innej firmy. Ta firma płaciła lepiej, ale sprawę noclegów pozostawiała już nam. Hmmm... Pierwszy pomysł aby spać w autach na parkingu trenerzy odrzucili ;) Hotel Turkus nie przekonał nas, a nawet skierował myśli na powrót do spania w autach. Pozostały więc okolice Białegostoku. I tak zupełnym przypadkiem trafiliśmy do Hotelu Alumnat w Tykocinie. Wyremontował go i prowadzi fajny starszy ksiądz , który przestrzega zasad. Na przykład para może wynająć pokój gdy jest małżeństwem. Akurat takie zasady podobają mi się, nawet gdy trzeba wynająć dodatkowy pokój, który stoi pusty...Wewnątrz pięknie, czysto i życzliwie...
Moim faworytem był tzw. apartament. Apartament przy bardzo rozsądnej cenie składa się z przytulnego salonu z przecudnej urody kominkiem i drugiego pokoju z łóżkami i garderobą oraz schludnej nowoczesnej łazienki z prysznicem i gorącą wodą. Zawsze przyjeżdżałem tam z radością. Rozpalałem ogień w kominku, kładłem kołdrę na podłodze i w blasku kominka czytałem..
Niemniej niepokojącą zagadką był ten drugi pokój. Otóż przy wchodzeniu do niego czułem zawsze ciarki na plecach, takie silne mrowienie i - jak dziwacznie to nie zabrzmi - „czułem” że ktoś tam jest... To było wręcz niezwykłe uczucie czyjejś obecności. Doprowadzało ono do tego, że gdy przebierałem się z garnituru w strój mniej formalny to byłem wręcz skrępowany. Jak napisałem; w pokoju było jakoś tak duszno, i nie miało to nic wspólnego z otwieraniem okna. Poczucie obecności kogoś było tak dojmujące i wręcz namacalne, że doszło nawet do pewnych dziwactw. Otóż mieszkając tam wiele nocy sam, pukałem przed wejściem do tego pokoju, a gdy wchodziłem, mówiłem –np: ja tylko po koszulę, i wychodząc cicho domykałem drzwi. Zaś w saloniku obok, tym z pięknym kominkiem, byłem zupełnie sam. Czytałem, wylegiwałem się jak kot, słuchałem radia, jak to po ciężkim trenerskim dniu. Ale mały pokój nie był mój....To pewne...
Sprawdzianem mojej odwagi mogła być jedna z wietrznych nocy. Pani z hotelu musiała gdzieś daleko pojechać a cały czas przygasało światło. Dostałem więc świeczkę w takim małym lichtarzu i pokrzepienie: Będzie pan sam, ale pan się nie boi, nie ma czego się bać. Tu nie straszy, po czym uśmiechnęła się niepewnie i poszła do domu. Noc minęła dobrze. Światło elektryczne wprawdzie przygasało, przygasało w rytm wichury, ale ostatecznie nie zgasło....
Nieco później, mroźną zimą, przyjechaliśmy tam we dwoje; urocza pani trener i ja. Przyjechaliśmy na projekt. Jeszcze tej samej nocy dojechali do nas znajomi swoim nowo zakupionym, choć używanym autem. Siłą rzeczy było w apartamencie gwarnie, trzaskaliśmy drzwiami, hałasowaliśmy, palił się ogień w kominku, grała muzyka. Nie było czasu na pukanie przepraszanie i podobne konwenanse. A poza tym co? Powiem gościom żeby uszanować ciszę zamieszkanego choć formalnie pustego pokoju i pukać? Dziwactwo co najmniej...
Kominek błyszczał światłem, rozmawialiśmy do północy, po której znajomi wrócili do domu... Nazajutrz przy śniadaniu odbieram telefon. Dzwonią znajomi: „wiesz co, wróciliśmy szczęśliwie (była zima i lód na drogach) ale dzwonię żeby powiedzieć że czuliśmy się jakoś dziwnie, inaczej niż zwykle.....dziwnie jakoś tak...” Na co uaktywniła się siedząca przy stole pani trener: „A ja miałam dziś koszmarne sny. Całą noc śnił mi się stary żołnierz w takich żołnierskich łachmanach i czapce. Miał spaloną i poparzoną twarz, ale żył. Żył i próbował zedrzeć mi skórę z twarzy mówiąc: daj mi swoją twarz.... Brr... Okropne..! „ Przyznałem jej rację!
Postanowiłem podpytać co i jak panią z bufetu. Czy tu straszy - zapytałem wprost. Czy straszy? Sama nie wiem. Nikt się nie skarży raczej. A co tu było kiedyś, tu, w tym budynku? Dopytywałem namolnie. Kiedyś, ale to wie pan jeszcze kiedyś - kiedyś był tu wojskowy lazaret. No wie pan – taki szpital dla żołnierzy. Ale w tamtych czasach to 90% z nich umierało. Takie to było leczenie jodyną i rumiankiem.... A dlaczego pan pyta?
Może teraz jakaś zbłąkana duszyczka siedzi sobie w pokoiku na poddaszu i od 100 lat czeka? Na co czeka? Na koniec ostrzału? Na to aż wreszcie przejdzie front i dowiozą szrapnele, albo przyjdzie dobra siostra i zmieni te swędzące bandaże na świeże...
I tylko czasem wchodzą tu jacyś ludzie. Jedni pukają i po chwili wychodzą, inni zaś głośno rozmawiają i rozkładają kosmetyki. I mają takie roześmiane piękne twarze. Takie czyste twarze jakich żołnierz nie widział jeszcze nigdy..
Oj, jak chciał by mieć taką piękną czystą twarz....

"Alumnat w Tykocinie
Starosta tykociński, Krzysztof Wiesiołowski, funduje Alumnat (1633-1654) - parterowy budynek na planie czworoboku z wewnętrznym dziedzińcem - jako dom weterana wojennego dla "inwalidów wojennych dobrze ojczyźnie zasłużonych katolików, szlachetnie urodzonych, skaleczonych w bitwie za Rzeczypospolitą albo wiekiem steranych".
Nawet spałem w tym samym hostelu, ale sny miałem pobożne, bez dodatkowych atrakcji
:-))
Pozdrawiam
Barmanka miła na myśli szpital, i teraz nie wiadomo czy tam był jakiś szpital czy ten "dom weterana wojennego" to umieralnia jakaś była... Trzeba uwzględnić prawdę czasów...
Hm....
:-))
Tak, ja tam obszedłem zakamarki (legalnie) gdzie tylko mogłem, i jest tam cicho i spokojnie. Dawno tam nie byłem i tęsknię za tą atmosferą spokoju.
Łącznie byłem tam kilkanaście razy.
Tykocin ma niesamowity klimat...
Tam jest po prostu jakoś tak inaczej.
Fajne miejsce żeby osiedlić się na stare lata.
Wstajesz rano, pijesz kawę i wychodzisz przed dom z dala od zgiełku...
:)
Pozdrawiam
Wstajesz rano, pijesz kawę i wychodzisz przed dom z dala od zgiełku...
_______
No niestety, ten wariant mam już z głowy. Moje miasteczko też ma w sobie ciszę i klimat, tyle że bardzo, bardzo daleko od Tykocina.
Ale kawa i niespieszny poranek, smakują podobnie.
Tykocin polubiłem właśnie za ten bruk. Kiedy wjechałem tam po raz pierwszy zaskoczył mnie zmieniony dźwięk dochodzący spod kół samochodu.
Po jednostajnym szumie asfaltowej drogi, to było nowe. Mało już jest w Polsce takich miejsc. Po głowie przeleciały wspomnienia z dzieciństwa ( pomińmy szczegóły, bo nie wiem w jakim Pan jest wieku :-))
Ta "ścieżka dźwiękowa" uwiarygodniła to co widziały oczy.
I właśnie za tą "kompletność doznań" lubię to miasteczko. Tam czuję, że architektura nie jest atrapą, przy asfaltowej drodze.
Pozdrawiam