A dokładniej: Pałowanie i szantażowanie przez ZOMO w Gdańsku.

Aby całą "martyrologię" mieć za sobą, na samym początku napiszę, że sam byłem "spałowany" w latach 80-tych dwa razy. Raz to było "do pierwszej krwi" na peronie SKM W Gd-Wrzeszczu. Rzucili mnie o kiosk "RUCHU", o takie kratki, poprawili dla większego efektu chyba o drzwi, parę kopnięć w nogi i coś na górę. Człowiek w takich sytuacjach naturalnie się kuli, chowając głowę w ramiona, więc nie mogę dokładniej określić co to był za cios- pała czy pięść.
Ich było z pięciu, ja sam, oni w "moro", ja w cywilu. A za co? Miałem za wolną reakcję na ich bezpośrednie polecenia- chodziło im o wylegitymowanie mnie. Nie dość, że za wolno zareagowałem, to jeszcze się szyderczo uśmiechnąłem pod nosem na czyjąś niezbyt mądrą uwagę. Po którymś roku życia w tych latach 80-tych, zawsze starałem się oficjalnie nie mieć jakiejkolwiek legitymacji (szkolnej) - dlaczego? Dlatego, że to już było czasochłonne dla "nich", tych patrolujących i legitymujących, nie mieli niczego podane na talerzu, co prawda straszyli 4-8.
Ale wtedy nagle można było sobie "przypomnieć" o jakieś skrytej kieszonce w ubraniu i wyciągnąć legitymację.
-Dlaczego miałeś tak schowaną legitymację?
-Żeby jej nie zgubić. Czasem dodawało się: "Panie władzo" z uśmiechem na ustach. Wtedy było widać, że ZOMO-wiec myśli... myśli... myśli- "kpi sobie ze mnie ten gnojek? Czy mówi prawdę?"
Oczywiście o miłości do Partii Komunistycznej nie wolno było mówić, bo wtedy było już wiadome, że sobie "zatrzymany/gnojek" jaja robi "i wywózka na komisariat musowa". :))
Dlaczego czasochłonne? Dlatego że jak już się było zatrzymanym do wylegitymowania, to i tak nic straconego, to nie były lata, gdzie trzeba by było się gdzieś spieszyć, a ten czas, który musieli poświęcić jednemu długo legitymowanemu przechodniowi, nie mogli poświęcić na pięciu innych nie legitymowanych ludzi, a być może jeden z tych pięciu niósł jakąś zakazaną/e książkę/plakat/ulotki itp.

Drugie pałowanie - to było dla mnie tzw. "czerwone światełko". Kiedy szedłem sobie spokojnie ulicą, wiedziałem, że na ul. Grunwaldzkiej są "rozróby" aby podjąć "walkę ideologiczną" z "niesprawiedliwością klasową" - dlaczego napisałem w tym zdaniu dwa sformułowania w cudzysłowie? Dlatego że nie chodziło tylko o walkę "z czerwonymi" wyłącznie z mglistego (?) przekonania, że komuna jest do niczego.
Aby to wiedzieć trzeba mieć gruntowne wykształcenie ideologiczne/ekonomiczne(?) A kto wśród nastolatków mógł mieć taką wiedzę? Chodziło o starcie ze zwykłym sqrv-synizmem. To czego człowiek się naoglądał w okolicach Stoczni Gdańskiej (nie w samej Stoczni!) w czasie stanu wojennego - musiało się odbić n/p w gniewie nawet po kilku miesiącach, czy latach.
Jeszcze o coś chodziło, nie będę mydlił oczu, chodziło też o zwykłą adrenalinę, o to aby sprawdzić się w sytuacjach lękowych: czy się jest sprawnym fizycznie, czy jest się odważnym i tym podobne "wybryki". :))
Tym razem nie zauważyłem pierwszy tych ZOMO-wców - było odwrotnie, byli schowani w bramie na ul. Waryńskiego. Bez hełmów/kasków, tarcz - tylko zwykły mundur "moro" z białą, gumową pałą w rączce. Nie było czasu aby się po tych wszystkich ZOMO-wcach rozglądać, w miarę możliwości zapamiętałem dowódcę. Miał "V" na pagonach, był z płowym blond wąsikiem i w czapce A'la "polowa rogatywka" na swoim blond łbie, daruje sobie dalsze szczegóły - po prostu przeciągnęli mnie pałą z góry na dół. Właściwie to mnie jeden przeciągnął, jakiś młodszy-wyrywny na minimalny sygnał tego dowódcy, który później udawał, że uspokaja tego "wyrywnego". Na początku nie zorientowałem się w całej tej sytuacji, tylko przeżywałem ten cios , który właśnie był takim CZERWONYM SWIATEŁKIEM: "Uważaj! Bo jeśli idziesz na rozróby to będzie gorsze lanie!" Ten dowódca starał się być "pedagogiczny", bo czuł, że skłamałem im mówiąc, że idę na autobus, chcąc jechać na Morenę do rodziny. Nie chcę teraz dodawać jakiego rodzaju szantażem posługiwano się wtedy, aby być bardziej "pedagogicznym".
Proszę mi wierzyć, pałowano wtedy nawet nieletnich. Co prawda byłem dość duży i zanim pokazałem legitymację szkolną mało kto mi wierzył, że w okolicach piętnastych urodzin mogłem mieć około 180 cm wzrostu. Pała w rękach ZOMO-wca nie zrobiła mi dużej krzywdy, czasem podczas "zapraw" z kolegami miałem większe siniaki, niż od tego jednego ciosu z rączki parę lat starszego, a równocześnie młodego i głupiego ZOMO-wca, który był mniejszy od bitego. I to jest cała moja "martyrologia" ;))
Można było mieć żal do losu, że nie dane było, po przewróceniu się komuny, spotkać tego dowódcy – można by wtedy, w takiej bramie zrobić mu "Jesień Średniowiecza"- nawet gdyby miał broń. Tak sam na sam :)
Młodość ma swoje prawa ;) O jakichkolwiek "sukcesach" tamtych lat nie ma sensu pisać, wydają się teraz śmieszne... Te rozrzucane ulotki, plakaciki... mini "donosy" kto jest ZOMOwcem, lub milicjantem z regionu, podlewanie takiemu drzwi od mieszkania na klatce jakąś śmierdzącą substancją... itd/itp.

Reasumując, chciałem się włączyć w te działania, w te rzucania kamieniami, biegiem na orientację, w tym przez przeszkody, odrzucaniem petard (raczej takich mini pojemniczków z gazem łzawiącym), póki nie zaczęli produkować i rzucać takich "gorących z 300 stopni" jak słyszałem.
Także pod tym względem miałem farta, bo nigdy nie złapałem TAKIEJ gorącej petardy "z gazem łzawiącym" aby odrzucić w kierunku ZOMOwców. Pozostałby ślad na dłoni i w razie kontroli/legitymowania pałowanie byłoby nieuniknione (i to nie musiał być ten sam dzień), WŁĄCZNIE z zatrzymaniem, i to na więcej niż na parę godzin, późniejszym dochodzeniem: KTO? Z KIM? Szukaniem "HAKÓW", wywiadem dzielnicowego o rodzinie (po sąsiadach), przeszukania itd. itp. Pamiętam, że prawie idealnymi pociskami do rzucania ( w sensie wagi/wyważenia) były te z podkładów kolejowych/tramwajowych ale niestety także i one zostawiały ślad, taki rdzawy/brązowawy-brudziły jak cholera. Nawet wkładanie rąk do kieszeni w rękawiczkach mogło się źle skończyć. W przypadku "rutynowej" kontroli kazano wywracać kieszenie na lewą stronę. A takie "polne" kamienie były prawdziwą rzadkością.
STRACH - scena jak kadru filmowego ONI/ZOMOwcy blokują wyjście z ul. Grunwaldzkiej na Jaśkową Dolinę. W zależności ilu ich wysiadło koło kina z "SUK", było ich od stu do trzystu, naprzeciw około tysięczna młodzież, tak naprawdę trudno to było policzyć, jedni znikali - inni się pojawiali, ucieczki i fale przybywających ludzi były nie do objęcia wzrokiem z jednego miejsca. Ale piękne było to, że wyczuwało się strach wśród tych z tarczami i w hełmach.
Respekt przed tłumem - taka malutka satysfakcja/radość i można było wtedy bezkarnie pokrzyczeć: "A na drzewach zamiast liści..." Krótkie okrzyki rozgniewanego tłumu powodowały drżenia w szybach wystawowych, wtedy można było poczuć jaką siłę przekazu miał taki tłum.
Nawet kiedy później się słuchało okrzyków kibiców: "LECHIA GDAŃSK" - to miało się wrażenie, że to nie to samo. Nie było tego prawdziwego ryku, nasyconego gniewem/nienawiścią. Nigdy już nie poczułem takiego drżenia szyb i coś w rodzaju świdrowania w uszach. Tak naprawdę te ryki czasem brzmiały jak zwoływanie pozostałej watahy z innej części miasta, aby inni nastolatkowie ruszyli ze swoich legowisk na starcie z tymi, co byli w mundurach moro ;)

Ci, którzy nie trzymali się razem i byli niedoinformowani, które podwórka są blokowane, byli bici przez ZOMO raczej w bardzo małych grupkach i pojedynczo, zielonego pojęcia nie mam ilu z tych nastolatków zatrzymywano, miało się wrażenie że czasem ZOMO-wcom brakowało na to czasu, albo sam nie wiem czego.
ZOMO-wcy nie dawali rady doganiać kogoś w trampkach, kiedy sami mieli na nogach ciężkie buty na obcasach. ZOMO-wcy mieli jeszcze trudniej , bo nie znali ( w większości) terenu.
ZOMO miało swoją "główną kwaterę" na końcu ulicy Słowackiego w ZŁOtej Karczmie. Do dziś tam też stoją bloki, które zostały pobudowane dla pewnych ludzi i ich rodzin, którzy byli "zasłużeni dla czerwonych" - to chyba nie jest żadna tajemnica.
Główna kwatera ZOMO była dobrze pilnowana, aby nikt nie mógł się dostać do tych znikomej ilości Nysek i GAZików, oraz wielkiej ilości STARów. Dobrze... ale to nie znaczy ze bardzo dobrze ... :)) Od strony lasu można było zrobić niejedną rzecz.
UTRZYMYWANIE takiej masy ludzi mundurowych, aby pilnować/kontrolować własne społeczeństwo musiało kosztować budżet państwa mnóstwo pieniędzy... Całą MASĘ pieniędzy
PEWIEN – ZOMO-wiec zabił się w swoim polonezie, zjeżdżając nim w dół ul Słowackiego (jechał  z pracy w pośpiechu), wyleciał z zakrętu i umarł na miażdżycę w szybkiej relacji z pewnym drzewem. Wiadomo jak w latach 80-tych wyglądała ul Słowackiego. Droga tam była kręta, i szczególnie niebezpieczna podczas deszczu, z powodu pofalowanego asfaltu, kolein i pęknięć/dziur..
INWALIDĄ - został INNY ZOMO-wiec, kiedy w mundurze zwykłego milicjanta, podczas nocnego patrolu, nadział się na włamywacza do sklepu, włamywacz dźgnął go ostrym narzędziem bardzo blisko serca (osierdzie?) I tak to pewien kryminalista wyeliminował jednego ZOMO-wca.
Kolega z patrolu spał na ławce po drugiej stronie budynku, po ciężkiej służbie w biały dzień, kiedy pewnikiem gonił młodzież. Dlaczego inwalida? Zero wysiłku do końca życia, bo coś tam - nie wiem co.
O tych dwóch przypadkach dowiedziałem się po latach, kiedy dopytywałem się o całkiem innego ZOMO-wca, ale tamten już przepadł jak kamień w wodę, prawdopodobnie za granicą naszego państwa.
Znaczna część ZOMOwców przeszła "do służby" czynnej w Policji, jeden z nich do na pewno do roku 2003 pracował w wydziale kryminalnym  komisariatu przy ul Piwnej w Gdańsku, nosił spore wąsy i był łysy, około metr siedemdziesiąt. Miażdżąca większość się porozjeżdżała po kraju i pewnie jeszcze dalej. Tak jak to było pokazane w filmie "Śmierć jak kromka chleba" - Wielu z nich było z jakiejś głębokiej/prowincjonalnej WSI.
 

Nie wiem czy mam rację, ale na wszystkich mężczyzn  -około 50-tego roku i powyżej, którzy mieszkają po dziś dzień od około 30-stu lat w Gdańsku przy ulicach: KADETÓW, PODCHORĄŻYCH, ELEWÓW, a także Złota Karczma i mjr Słabego - po prostu "krzywo patrzę"... i z pewną podejrzliwością,...starając sie u nich "wywąchać  zapach  ZOMOwca".
Ciekawe kto uwierzy że to nie były motywujące nazwy ulic?

 Kurski (Jacek) rocznik 1966 był uczniem liceum nr III w Gdańsku - tzw. "Topolówki". Chodził też tam pewien rok młodszy, niepozorny chłopak, w grubych okularach i z nadwagą. On "produkował pamflety" na ówczesną władzę komunistyczną, jakieś mini plakaciki, ulotki - taka prześmiewcza propaganda, koniec-końców. "Wpadł" w klasie maturalnej - musiał coś podpisać na komisariacie. Po latach dowiedziałem się wszystkiego, od starszego brata mojego kolegi, który chodził z nim do szkoły, że to była tzw. "lojalka" I TERAZ przez tzw. "Czystych" może być określany jako: "Kapuś" TYLE ŻE ON COŚ ROBIŁ przeciw "władzy ludowej!" Teraz mieszka na odludziu i jest leśniczym, nikt mu głowy nie zaprząta @gini-owatymi oskarżeniami.
Co w tym czasie robił Kurski? Oczywiście nie wolno go podejrzewać, że dyskretnie kogoś podkablował, np. przez swoją mamę, ale jakoś nic na ten temat nie wiadomo- jaką to "opozycyjną" działalnością się wtedy parał. Wiadomo z kolei czyim był synem i jaki miał parasol ochronny, być synem "Władzy sądowniczej" to nie byle co. Teraz ma czelność określać się jako "opozycja" - w takich sytuacjach powinien wychodzić na twarzy szyderczy uśmiech. Nie muszę dodawać jak sprytnie podpiął się pod innego prawnika, bliźniaka? A teraz? Pod kogo ma się podpiąć?
Walentynowicz - widziała ze swego domu zmagania nastolatków i dwudziestoparolatków z ZOMO w środku lat 80-tych , ale to nie oznaczało w tamtych latach NICZEGO więcej.
"DETEKTYW" Rutkowski - jest byłym ZOMO-wcem.
 

Uważałem  że pisanie takich notek jak ta, to jakis ekshibicjonizm (EMO) ale po przeczytaniu  dwóch art. @LESTATa, zmieniłem lekko zdanie - kiedy On zadał (?) pytanie o ZOMOwców, z pewnym niedokończeniem/niedopowiedzeniem. (Brakiem morału?)

Nie miałem już chęci o szerszym pisaniu w kwestii szantaży, przez ZOMO/MO.       Pisałem o latach 1983-88. "Pierestrojka" była w ...