Tak się jakoś porobiło w Polsce, że na historii i jej badaniu znają się wszyscy. Wystarczy znaleźć dokument, przeczytać ze zrozumieniem i już wszystko jasne. Historycy zawodowi, miast wyjaśniać przystępnie, czym czytanie ze zrozumieniem różni się od naukowej analizy dokumentów historycznych, milczą, jak zaklęci. Trudno mi zrozumieć, czemu tak się dzieje, choć taka postawa prowadzi do pogłębiającej się ignorancji na temat reguł badania historycznego. Przypadek Pospieszalskiego nie jest pierwszy i nie ostatni, ale korzystam z tej okazji, by kilka słów o warsztacie badań historycznych napisać.
A właściwie o jednej kwestii - krytyce źródła historycznego.
Historycy mówią o dwóch etapach krytyki - zewnętrznej i wewnętrznej. Pierwsza ma na celu ustalenie, czy dokument jest autentyczny, tzn. czy niejaki Neubaer sporządził w określonym czasie notatkę. Jeśli nie, to w jakich okolicznościach powstał, kto jest autorem dokumentu itd.
To zaledwie pierwszy etap procedury, ustalenie, czy to autentyk czy falsyfikat.
Dopiero potem zaczyna się procedura najważniejsza i trudniejsza - krytyka wewnętrzna źródła, a więc ustalenie, o czym właściwie mówi dokument, czy informacje w nim zawarte są wiarygodne, jakie były motywy i szerszy kontekst opisanych w nim zachowań, przebiegu wydarzeń, wypowiedzi.
Tutaj w istocie tkwi sedno pracy historyka. Do tego nie wystarczy umiejętność czytania ze zrozumieniem, ale wiedza na temat specyfiki konkretnego typu dokumentu, np. na ile są to dokumenty zawierające wyłącznie wiarygodne informacje, tzn. czy była możliwość konfabulacji, przekłamania. Konieczna jest również weryfikacja przez konfrontację z innymi źródłami - jeden dokument nie wystarcza, by cokolwiek definitywnie stwierdzić. Jeśli jakiś historyk za 100 lat zajmie się badaniem sytuacji materialnej przeciętnego Kowalskiego, byłby marnym historykiem, gdyby informacji zawartych w deklaracjach podatkowych nie skonfrontował z danymi na temat poziomu konsumpcji, wyposażenia w sprzęty AGD, samochody itd. i choćby lekturą prasy z epoki (szczególnie artykułów na temat pracy na czarno, emigracji zarobkowej itd.). Trzecim elementem krytyki wewnętrznej jest szeroka wiedza pozaźródłowa, która pozwala zawęzić możliwe odpowiedzi i interpretacje - gdyby Neubauer napisał, że Piłudski mu przekazał, co Geremek powiedział, każdy dostrzegłby niewiarygodność informacji. Trudniej, gdy mamy do czynienia z sytuacją/wydarzeniem możliwym, ale możliwość nie oznacza automatycznie, że wydarzenie miało miejsce.
Ostatnia rzecz, wiarygodność wypowiedzi pana Z. nie jest tożsama z twierdzeniem, że Z powiedział to, co myśli w rzeczywistości. Historia polityczna (dyplomacji w szczególności) wymaga dodatkowego wyjaśnienia - ustalenia, jakie motywy (cele) stały za wypowiedzią uczestnika wydarzeń. Czy w konkretnej sytuacji mówił prawdę, czy świadomie mijał się z prawdą. W tym przypadku przydaje się kontekst samej wypowiedzi (z kim rozmawia), innych wypowiedzi kolejny osób, ich późniejszych działań i tychże działań skutków. I znowu futurystyczny przykład: ktotolwiek, kto badając kompetencje językowe i wykształcenie Polaków potraktowałby dzisiejsze listy motywacyjne i załączone do nich cv jako źródło wiarygodnych informacji naraziłby się na zarzut braku podstawowych umiejętności warsztatowych.
Wracając do Neubauera - dokument jest autentyczny (tu Pospieszalski ma rację), ale nie znaczy to, że jego wiarygodność jest automatycznie przesądzona (tu Pospieszalski mylnie utozsamia autentyczność dokumentu z wiarygodnością zawartych w nich informacji). Ustalanie wiarygodności w tym przypadku jest szczególnie trudne, zważywszy kontekst powstania notatki - pan X napisał, że pan Y powiedział, co powiedział mu pan Z - i niejasne motywy, które kierowały każdym z panów. Trudne, ale nie niemożliwe. Tyle, że nie obejdzie się bez żmudnych kwerend źródłowych, solidnej wiedzy na temat epoki, charakteru źródeł, a przede wszystkim znajomości warsztatu badawczego.
Acha, i umiejętności pogodzenia się z sytuacją, że źródło przemówi na niekorzyść naszych poglądów. Ale to już zupełnie inna, nomen omen, historia.
Pozdrawiam i znikam
Dobronata

Co do tresci, to moznaby doprowadzic do ponownej rozmowy Ciosek - Neubauer. Obaj zyja, i maja do siebie blisko.
I trzecia sprawa - polscy historycy. Na przykladzie MON.
Piszac o pogrzebie kpt. Raginisa, MON pisze, ze z 360 podwladnymi zatrzymal na 4 dni 42 tysiace zolnierzy korpusu Guderiana. 117 na jednego, dwa razy wiecej niz wyspiewal Sabaton. Bzdura dla kazdego w miare rzetelnego historyka, bo ani sie liczby nie zgadzaja, ani dni, ani nikogo tam bunkrami nie zatrzymano..
Aktualny szef MONu jest z wyksztalcenia handlowcem zagranicznym pod SGH i uniwerku w Duisburgu. Pewnie ma tanio kupowac bron. Poprzednik byl psychologiem. Kolejny byl politologiem. Sikorski jedyny mial jakies kursa MONu na koncie. Komorowski byl historykiem.
Kiedy pomysle, ze cala szpica PO to historycy, i padaja oficjalnie takie brednie, to po kiego sie w Polsce w ogole zajmowac historia?
A co do postulatu, by wszystko wymazać - najpierw trzeba przeczytać (krytycznie) i zweryfikować wyniki badań. Dorobek polskich badaczy dziejów gospodarczych jest niezły, historyków takich, jak Wereszycki trudno byłoby uznać za reżimowych, gdy spojrzeć na ich biografie i pisarstwo. Polscy mediewiści - przynajmniej część - kontynuowali przedwojenne tradycje. Wieczorkiewicz jakoś łatwo zapominał, że historia to nie tylko dzieje polityczne, i nie tylko dzieje najnowsze, gdzie łatwiej o takie radykalne, choć nie do końca prawdziwe, tezy.
Pozdrawiam
O MON - bardzo dobry przykład bezkrytycznego powielania treści umieszczonych w źródle, ale ten sposób traktowania źródeł jest powszechnie stosowany (jak komu pasuje, tak też i przytacza).
To, że ktoś studiował historię nie oznacza, że jest profesjonalnym hsitorykiem. Dawno temu pisana praca magisterska jeszcze człowieka historykiem profesjonalnym nie czyni, w dodatku, gdy przez lata nie ma się z zawodem do czynienia. Wiedza i umiejętności rdzewieją, gdy są nieużywane (jak mój rosyjski prawie zapomniany mimo 8 lat edukacji).
Jasne, ze nie, tym bardziej, ze mielismy znakomitych historykow.
Co za paradoks w tamtych czasach zgrozy, kiedy oplacilo sie olbrzymia cene za pisanie prawdy, czyli, utrate pracy.
A dzisiaj czesc historykow pisze na zapotrzeboweanie polityczne np. osiolek Zyzak, Sławomir Cenckiewicz, Piotr Gontarczyk, etc.
Np: Paweł Jasienica
Cyt:
W marcu 1964 Jasienica wspólnie z 33 polskimi intelektualistami, wśród których byli Melchior Wańkowicz, Stanisław Cat-Mackiewicz i Jerzy Turowicz, podpisał oficjalny protest - list 34 - skierowany do premiera Cyrankiewicza w związku z zaostrzeniem cenzury prasowej. Reakcją na to wystąpienie było znaczące nasilenie inwigilacji niepokornego autora. W połowie lat 60. donosiło na niego co najmniej trzydziestu agentów[2]. Prześladowano go za sprzeciwianie się cenzurze i aktywną działalność w opozycji liberalno-demokratycznej. Od 1966 był wiceprzewodniczącym polskiego PEN Clubu. Brał udział w protestach przeciw zdjęciu z afisza Dziadów.
Poparł otwarcie protest młodzieży akademickiej w 1968 roku, co doprowadziło do zakazu publikacji jego prac w latach 1968-1970 i usunięcia go ze Związku Literatów Polskich. Władysław Gomułka w roku 1968 publicznie pomówił Jasienicę o współpracę z aparatem władzy, mówiąc że "Śledztwo przeciwko Jasienicy zostało umorzone z powodów, które są mu znane. Został on zwolniony z więzienia."[3] Pomówienie to Jasienica odebrał bardzo ciężko i stanowiło ono dla niego problem aż do śmierci.
niestety
Jeśli coś mnie irytuje to ubieranie się w szaty męczennika (szczęśliwi przedstawiciele pokolenia, które nie musiało wybierać), albo - jeszcze gorzej - zmiana poglądów w zależności od tego, skąd wiatr powieje. Pamiętam ś.p. profesora, który na wykładzie siebie przedstawiał jako antykomunistę zażartego i ironizował na temat "peerelowskiej historiografii", której był "wybitnym" przedstawicielem. Staruszek miał szczęście, że pamięć go zawodziła, a studenci-konformiści nie prosili go o komentarze do podręcznika jego autorstwa.
Tak spektakularnych postaci, jak Jasienica nie było wielu, nie tylko wśród historyków, ale to nie znaczy, że ci byli potulnymi wykonawcami nakazów władzy. Coraz trudniej dziś wytłumaczyć, w jakich warunkach przyszło wówczas pisać historykom, którzy postanowili zajmować się nauką, bo stosowane przez nich strategie gry z cenzurą niekoniecznie są dziś zrozumiałe, zważywszy na coraz bardziej czarno-biały przekaz o PRL.
Pozdrawiam
Ale gdy rzecz dotyczy warsztatu badawczego i czytam te wszystkie "uczone" wywody, mój dystans bierze w łeb i chwytam za klawiaturę ;-)
Pozdrawiam
Znane jest takie forum naukowe, gdzie moznaby przynajmniej poczytac?
mądre słowa, pozdrawiam
W przypadku notatki - nie mam pojęcia, bo jak pisałam - dyskusję na ten temat potraktowałam jako pretekst. Profesjonalni historycy to w większości tradycjonaliści, którzy "kochają papier" i reguły dyskursu naukowego, a nie jakieś tam blogi ;-).
Z internetowych stron, polecić mogę histmag.org - inicjatywę młodych historyków, gdzie o warsztacie, nowych publikacjach i problemach badawczych można poczytać i podyskutować. Ciekawy jest portal "Historia i media" - tam wiele ciekawego o nowych sposobach funkcjonowania historii w przestrzeni publicznej, gdzie istnieje możliwość komentowania.
Dla tych, którzy poszukują mocnych wrażeń (metodologicznych) - pismo internetowe, jak najbardziej naukowe i renomowane - "Kultura i Historia" wydawane przez lubelskich metodologów.
Pozdrawiam
I może wyjasni pan na czje zamówienie polityczne piszą wymienieni przez Pana historycy?
W jego przypadku jego książek słuszne będzie raczej określenie "publicystyka historyczna".
Paweł Zyzak (z lewej) na demonstracji przeciw preambule konstytucji europejskiej, 10.07.2003 r. Obok Stanisław Pięta
Oczywiscie, ze w ksiazce o Walesie, Sławomir Cenckiewicz, Piotr Gontarczyk poslugiwali sie politycznym cepem wiadomego ugrupowania.
A dzisiaj czesc historykow pisze na zapotrzeboweanie polityczne np. osiolek Zyzak, Sławomir Cenckiewicz, Piotr Gontarczyk, etc.
Strasznie fajne przykłady dobrał Pan sobie na poparcie swojej tezy.
Paweł Zyzak stracił pracę w IPN po tym jak wydawnictwo Arcana opublikowało jego pracę magisterską. Do chwili obecnej nie może znaleźc pracy w żadnej uczelni ani w instytucie badawczym. Odmówiono mu pracy w szkole w charakterze nauczyciela historii.
To co to jest Pańskim zdaniem, Panie Eternit? To co się wyprawia z tym młodym człowiekiem to kiedyś nazywało siś "wilczy bilet".
Po opublikowaniu książki "Lech Wałęsa a SB. przyczynek do biografii" w mediach rozpętano nagonkę na autorów tej publikacji oraz na Instytut Pamięci Narodowej. Implikacją tej nagonki była rezygnacja z pracy w IPN jednego z autorów (Sławomira Cenckiewicza). Sławomir Cenckiewicz uznał bowiem, ze jego odejście zahamuje nagonkę na IPN.
Pozdrawiam
Wielu absolwentow wydzialow humanisycznych - nie tylko w Polsce - ktorzy nie sa wybitnie utalentowani (nie wspomne juz o uczciwosci poczatkujacego naukowca), nie pracuje w swoim zawodzie.
Zyzak mial niebywala okazje zaproszenia do US i tego nie potrafil wykorzystac. Czyzby praca w super - markiecie byla ponizeniem?
Przygotowuje notatke o warszacie historycznym jakim poslugiwali sie powyzsi historycy.
Przepraszam, ale co ma wynikać z tego zdjęcia? brak kwalifikacji zawodowych osób przedstawionych na tym zdjęciu?
I co oznacza określenie "polityczny cep wiadomego ugrupowania"?
Pozdrawiam
Z tego, co obiło mi się o uszy nie pracował w BEP IPN, gdzie prowadzi się badania naukowe, ale w archiwum na podrzędnym i raczej utrudniającym rozwój naukowy stanowisku. Od kilku lat zdobycie pracy w tej instytucji graniczy z cudem i wymaga (przynajmniej w Krakowie) znajomości. I tak miał szczęście, że w ogóle znalazł tam zatrudnienie, choć nie przedłużono z nim umowy.
Najwyraźniej nie zna pani sytuacji - o pracę w szkole jest teraz bardzo trudno, i bez znajomości w praktyce niemożliwe.
Pracy na uczelni (państwowej) nie znajdzie, dopóki nie zrobi doktoratu. Od dawna obowiązuje reguła, że wymogiem zatrudnienia jest posiadanie stopnia doktora. Jak na razie, pan Zyzak jest doktorantem UAM (ze stypendium), a więc należy do grona nielicznych szczęśliwców, bo większość doktorantów w Instytutach Historii musi zarabiać na życie. Pan Zyzak dostał się również na studia doktoranckie na UJ, ale zrezygnował po otrzymaniu stypendium w Poznaniu.
Pozdrawiam
przeciw preambule konstytucji europejskiej
To oznacza, ze taka wypowiedz dyskwalifikuje go do jakiejkolwiek merytorycznej dyskusji. Chyba, ze rozmawiamy o polityce z wiadomych pozycji.
To ugrupowanie, zwalczajace Lecha Walese, to PiS.
nawiasem mówiąc, "historyk" to jest teraz najnowsze Pańskie wcielenie?
Po lekarzu, pastorze, włascicielu galerii sztuki przyszła kolej na historyka.
Paweł Zyzak to bardzo inteligentny i dobrze wykształcony młody człowiek. Napisał wartościową pracę magisterską, której promotorem był prof. andrzej Nowak, wybitny historyk. Praca uzyskała pozytywne recenzje i została opublikowana, co rzadko ma miejsce w przypadku prac dyplomowych.
Należałoby sobie zyczyć aby więcej absolwentów naszych uczelni miało takie kwalifikacje intelektualne oraz pracowitość jak Paweł Zyzak.
a to, ze panu nie podobają się niektore fakty opublikowane w tej książce, to już zupełnie inna sprawa.
Pozdrawiam
Natomiast ów profesor z Instytutu Zachodniego utrzymywał, że unia polsko-litewszka była koniecznością, ponieważ gdyby Polska nie poszerzała się na wschodzie, zostałaby zniemczona z zachodu.
Wiesz może, o kim piszę? Pamiętasz nazwisko tego profesora?
pozdrawiam
Trochę brakuje mi tego typu debat o sprawach mało istotnych z dzisiejszego punktu widzenia, ale fascynujących intelektualnie i, bądź co bądź nawiązujących do dobrej tradycji sporu historycznego wokół interpretacji. Cały urok dyscypliny historycznej leży w możliwościach budowania tego typu propozycji interpretacyjnych, które - gdy śmiałe - pobudzają do polemik, szukania nowych konceptów. Dzisiejsze spory, jeśli w ogóle są, to są to raczej dyskusje ad personam, co świadczy, że nie tylko dyskurs polityczny nam pospolicieje ;-)
Pozdrawiam
Byłem nawet na spotkaniu z nim w Berlinie w Instytucie Kultury Polskiej w pierwszej połowie lat 90. Z jego powodu tam się w ogóle wybrałem. Chciałem dowiedzieć się czegoś bliższego. Ale rozczarował mnie i to bardzo. Mówił cały czas o czymś innym. W końcu zabralem głow i zapytałem go o tezy, które znalazły się w jego artykule. Był najwyraźniej zaskoczony. Nie potrafił ich uzasadnić. Pogubił się. Tam było także dwóch niemieckich profesorów z Freie Universität. Zainteresowali się tymi tezami, ale on robił jakieś niezrozumiałe uniki. Na dodatek słabo znał niemiecki... A był przecież z Instytutu Zachodniego. Zajmował się stosunkami polsko-niemieckimi. Z taką znajomością języka?
Ogarnęły mnie potem wątpliwości na temat poziomu badań historycznych w Polsce.
pozdrawiam
Badanie stosunków polsko-niemieckich i jakichkolwiek innych nie wymaga, wbrew pozorom, czynnej znajomości języka, ale biernej i to w piśmie, a nie w mowie. Faktycznie jednak, dziwne zważywszy na instytucjonalną afiliację.
Poziom badań jest... zróżnicowany. Obok wybitnych historyków są i wyrobnicy, których zaletą jest nie błyskotliwość ale samozaparcie i benedyktyńska pracowitość (kwerenda archiwalna to, wbrew pozorom, bardzo nudna, żmudna i brudna robota).
Z polską historiografią jest jak jest, a dlaczego nie jest lepiej - o tym mogłabym długo i nudno ;-)
Pozdrawiam
Jeden z moich ulubionych profesorow. Spec od Slowianszczyzny ale i Germanow. Scisle zwiazany z Poznaniem, pol wieku temu szef IZ.
pozdrawiam
Na razie polecam ksiazke "Niemiecki Pollak z Raciborza". Nowosc w polskich ksiegarniach.
Zyciorys wypedzonego, od pradziadkow po dzien dzisiejszy.