Był to pierwszy taki renesansowy portret kobiecy – aż tak przekraczający przyjęte wtedy konwencje. Był tym, co badacze nazywają dziś krokiem rewolucyjnym. Podobno sam Leonardo cenił go sobie w swoim czasie bardziej niż swoją późniejszą Mona Lisę. Tak jak wokół Giocondy, wokół portretu Cecilii Gallerani nawarstwiają się rozmaite nieprawdopodobne domysły. Ale przecież i bez tego zyskuje on uznanie i wzbudza zachwyt publiczności muzeów na całym świecie.
Obraz przedstawiający „damę z łasiczką”, lub, jak wolą niektórzy upierdliwi specjaliści od łasicowatych, z gronostajem mimo tysięcznych przeszkód, kręcenia nosem różnej maści znawców i konserwatorów oraz drogiego polskiego ministra kultury, opuściła Muzeum Czartoryskich w Krakowie i nie rozsypała się po drodze, lecz dotarła – jakimś cudem bezpiecznie – do Bode-Museum, na Wyspę Muzeów w Berlinie, aby stać się perłą w koronie znakomitej wystawy „Twarze Renesansu”, trwającej od września do 20 listopada.
We wrześniu w mediach było jej pełno. Nawet zanim jeszcze było wiadomo, czy Cecilia wraz ze swym gronostajem w ogóle ujrzy Berlin w tym dziesięcioleciu, i gdy wstępne wypowiedzi rozmaitych notabli były jeszcze bardzo ostrożne. Cud, ale wreszcie się udało.
Co prawda, Polacy dali się naciągnąć tylko na wypożyczenie łasiczki do końca października; dlatego też, jeśli ktoś chce ją obejrzeć, a do Berlina ma bliżej niż do Krakowa, pośpiech jest wskazany! Zwłaszcza, że do Niemców dotarło już, że listopad tuż-tuż i że trzeba będzie obraz z ciężkim sercem oddać właścicielowi, toteż zwalają się tłumnie. Kiedy byłam w Bode-Muzeum we wrześniu, wystawa dopiero się rozkręcała. Teraz muzeum jest co dzień pełne, a kasy zamykają o czwartej, bo nie nadążają z drukowaniem tylu biletów.
Żeby nie rozpisywać się w nieskończoność i nie narobić, być może, błędów – wszak jestem tylko muzykiem i nie chcę tu czegoś pomieszać – nie będę się tu zagłębiać w historię jej powstania i szczegóły, że tak powiem, techniczne tego pięknego obrazu. Skupmy się tylko na historii najnowszej.
Podróże damy i jej łasiczki pomiędzy Berlinem a Krakowem miały miejsce już nieraz, a szczególnie intensywnie pokonywały one tę drogę w czasie II wojny światowej. Po zajęciu Krakowa przez Niemców, podczas plądrowania Muzeum Czartoryskich, na obraz ktoś nadepnął i tak ułamał się jego lewy górny róg, ten z polskojęzycznym podpisem „Leonard da Winci”. Później Hans Frank zorientował się w temacie i, pragnąc zapewne nadążać za ówczesnym trendem posiadania wielu wartościowych dzieł sztuki, zawiesił go sobie w swej rezydencji na Wawelu (ułamany róg przykleił, czy co on tam z nim zrobił, niezbyt wprawnie, toteż uszkodzenie jest do dziś bardzo widoczne). Jednakże, rychło upatrzył sobie łasiczkę Göring i spróbował zagarnąć ją dla siebie. Kurier ruszył z nią w trasę do Berlina. Wtedy jednak Frank zadeklarował, że nikt mu nie będzie kradł jego kradzionych obrazów (coś w tym rodzaju) i rozkazał kurierowi wracać z portretem do Krakowa. Kurier wrócił do Krakowa tylko po to, żeby zaraz znów wyruszyć w trasę do Berlina, kiedy Göring zgłosił pretensje. W połowie drogi musiał, rzecz jasna, znów zawrócić do Krakowa, a później znów wyruszyć do Berlina, i tak dalej, i tak dalej. Kuriozalna ta scena w stylu „’Allo, ‘allo” zakończyła się, kiedy to albo Göring, albo Frank, albo obaj jednocześnie poskarżyli się swojemu Führerowi i tenże rozwiązał problem. Okazało się wtedy, że Hitler bardziej lubi Göringa.
Wiele lat po wojnie łasiczkę odnaleziono w chłopskiej chacie gdzieś w Brandenburgii. Od tamtego czasu nikt nie raczył się o nią należycie zatroszczyć, toteż stan jej dzisiaj pozostawia naprawdę wiele do życzenia. Hańba to i wstyd, swoją drogą, że tak ma się rzecz z najcenniejszym polskim dziełem sztuki.
Miejmy jednak nadzieję, że wreszcie doczeka się ona konserwacji. Są na to widoki, zwłaszcza, że tu w Berlinie przyjęto ją jak prawdziwą celebrytkę (gigantyczne plakaty na co większych i mniejsze na mniejszych dworcach miasta reklamują ją jak gwiazdę rocka, jako „Special Guest! Leonardo da Vinci”…).W muzeum, jako „highlight” wystawy, dorobiła się osobnego pokoiku u końca trasy. Nie zrobiłam jej tam zdjęcia, ponieważ mój biedny telefon nie dałby sobie z tym rady. Aby jak najlepiej uwydatnić jej piękno, wokół utrzymano absolutne ciemności, a do łasiczki nie wolno podchodzić bliżej, niż barierka i pan ochroniarz pozwalają, więc zdjęcie powyżej musiałam zerżnąć ze strony internetowej niemieckiego radia, choć każdy średnio wykształcony raczej wie, jak wyglądała Cecilia Gallerani i jak wyglądał jej gronostaj, którego tak naprawdę nie było (gronostaj to symbol jej czystości i cnoty. Zważywszy, że Cecilia była kochanką Lodovica Sforzy, przyznać trzeba, że da Vinci z naciąganiem tegoż symbolu do celów propagandowych nieco przegiął).
Wystawę warto zobaczyć nie tylko ze względu na Vinciego. Są piękne i ciekawe obrazy Botticelliego, między innymi portrety Giuliana de’ Medici, pierwszej ofiary spisku Pazzich, który w czasie ich malowania już nie żył. Jeden z portretów należy do innego muzeum w Berlinie, drugi przywieziono z Nowego Jorku, trzeci zaś z Paryża. Gdy, po raz pierwszy w historii, ustawiono je wszystkie trzy obok siebie, tak, jak można je podziwiać na wystawie, okazało się, że Botticelli namalował postać Giuliana trzy razy co do milimetra identycznie. Są i piękne portrety ukochanej tegoż Giuliana, Simonetty Vespucci, tej samej, którą Boticelli namalował później jako Wenus i jako Prima Verę, i również słynny wzruszający portret staruszka i małego dziecka Domenico Girlandhaio.
Oczywiście, bezapelacyjnie gwiazdą jest Cecilia ze swoim zwierzątkiem. Po zwiedzaniu posypały się pytania do naszej sympatycznej przewodniczki. Poratowałam panią w kwestii wymowy nazwiska „Czartoryski”, gdyż sensację wśród zwiedzających wzbudził fakt, że obraz ten ma tylko jednego i to prywatnego właściciela (pytano o niego bardziej, niż o sam obraz, np. czy książę Adam mieszka w Krakowie, oraz o inne szczegóły z jego życia prywatnego, przy których byłam już bezsilna).
Pewien starszy pan w grupie nazwał ją z uśmiechem „polską Mona Lisą” i rzeczywiście miał rację. W każdym razie furorę robi na miarę swej rywalki z Paryża. Wystawa „Gesichter der Renaissance” jest określana w niemieckich mediach jako najbardziej sensacyjne wydarzenie kulturalne tego roku, a Berlin nie jest pipidówką, w której nie widziano jakiegoś tam dzieła sztuki. Toteż na dowód powodzenia, jakie najcenniejsze polskie dzieło ma dzisiaj w największej europejskiej stolicy kulturalnej, zamieszczam również zdjęcia, które zrobiłam w różnym czasie w różnych punktach miasta, narażając się na porównanie z japońskimi turystami, którzy w Europie potrafią sfotografować nawet trawnik. I oto tak wyglądała, na przykład, kasa:
a tak – tak zwany Riesenposter (nie wiem, jak to przetłumaczyć, żeby nie było idiotycznie) na samym muzeum.
(chciałam zrobić zdjęcia także tym na dworcach, ale zawsze jakoś tak w biegu mijam, więc proszę o wybaczenie i uwierzenie mi na słowo, że naprawdę tam są!)
Atmosfera takiej wystawy jest naprawdę niepowtarzalna. Wyczuwalna magia upływu wieków to naprawdę mocna strona berlińskiej Museumsinsel.

Prusakom już dziękujemy. My Polacy i My Niemcy.
Amen,
HB
Tak sobie zartuje, bo tytul troche na wyrost?
Uklony
Dobrze, że do sporej grupy Niemców dotrze, mimo wielkich starań naszych władz, że nie każdy Polak musi być zmywakiem
ukłony
Autorke troche ponioslo.
Uklony
Taki mniej wiecej byl wstep w wersji pierwotnej, pozniej usunelam, bo nie sadzilam, ze beda tu Wlosi na sali, ktorzy sie poczuja urazeni. W tytule stoi "dzielo Polski", czy mam naprawde wierzyc, ze wszyscy doczytali az do miejsca, gdzie mnie "ponioslo"? Z tutejszego punktu widzenia obraz jest polski, skoro nalezy do Polski, choc "Prusaki" to tak zawsze, wymyslili te prawidlowosc pewnie jeszcze za Hitlera, nieprawdaz, zeby latwiej przywlaszczac sobie to i owo. A Panowie zamiast sie cieszyc, ze glupi Niemcy sie nabrali i naprawde uwazaja Dame z lasiczka za polski obraz, tylko jakies pretensje mi tu zglaszaja.
Pozdrowienia!
PS do Homeboya: Holdu Pruskiego raczej tu nie sprowadza. Ideologia nie ta.
ukłony
Pozdrawiam serdecznie!:)
'Moglabym napisac precyzyjniej, ze obraz nalezy do Polaka...' - również mógłbym precyzyjniej...,"Muzeum Książąt Czartoryskich – Oddział Muzeum Narodowego w Krakowie".
@Bajbars
'Otóż ten obraz nie jest własnością Polski , tylko Adama ks. Czartoryskiego...' - yyy "Muzeum Książąt Czartoryskich – Oddział Muzeum Narodowego w Krakowie"?
ps: ten "Narodowego" to ma fajnie - parki, muzea, fundusze..., a 'tytuła' żadnego.