Po przeczytaniu relacji z przedwczorajszej nocy spod krzyża naszły mnie ponure wspomnienia z końcówki komuny.
Było lato, pojechaliśmy byle dalej od śląskich dymów i sadzy, czyli nad morze. Akurat trafiliśmy na jakąś akcję skierowaną na przeciwników peerelowskiej racji stanu. Groteskowo podzielone barierkami chodniki, okrzyki młodych chłopaków poprzebieranych za żołnierzy: ‘tędy nie ma przejścia’, atmosfera gęsta od napięcia. Jakoś udało się dotrzeć pod pomnik stoczniowców. A tam pustka. Na środku ścieżynki wiodącej pod sam pomnik stoi młody w mundurze. W rozkroku stoi, kałacha ma – a jakże. Podchodzę do niego sama (reszta – z tyłu), udaję, że nie widzę jak powiększa rozkrok, uśmiech nr 4 wkładam na twarzy i pytam: pozwoli pan obejrzeć pomnik z bliska trojgu turystom ze Śląska? Czy będzie pan strzelał? On na to: proszę opuścić ten teren. Mówię: człowieku, teren jest publiczny, ja jestem polską obywatelką, ci co są ze mną – także, a pan jest polskim żołnierzem? To chyba razem jesteśmy, nie? Zmniejszył rozkrok, przestał i ściskać kałacha i zaczął tłumaczyć, że taki ma rozkaz, że mu nie wolno. Powiedziałam: kiedyś się pan będzie wstydził tej sytuacji. I odeszłam. Z gulą w gardle i ściśniętym żołądkiem.
Dziś wiem, że to był gniew. Ale też – wiem, że gniew to uczucie mające w sobie wielką energię. Czy dzisiejsze tuskoidy są gotowe na przyjęcie uderzenia tej energii?
