1 marca br. po raz pierwszy obchodziliśmy Dzień Żołnierzy Wyklętych. Dopiero w 22 roku III Niepodległości w kalendarzu oficjalnych polskich rocznic pojawił się dzień poświęcony pamięci żołnierzy antykomunistycznego podziemia niepodległościowego. Warto przypomnieć, że stało się tak dzięki zdecydowaniu śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który w trakcie swojej służby publicznej nieustannie podejmował wysiłki na rzecz przywracania polskiej pamięci prawdziwych bohaterów Rzeczypospolitej. Niestety tegoroczny Dzień Żołnierzy Wyklętych minął praktycznie niezauważony przez większość Polaków, dla których ciągle ten fragment naszych najnowszych dziejów pozostaje kompletnie nieznany, albo całkowicie zafałszowany. Trzeba bowiem pamiętać, że przez lata kształtowano ich zgodnie z peerelowską wizją historii (po 1989 r. wcale tak wiele w tej materii się nie zmieniło), w której po zakończeniu II wojny światowej Polacy przystąpili do budowania "komunistycznego raju", a przeszkadzali im w tym tylko jacyś "straszni leśni bandyci". W polskiej popularnej kulturze nie ma bowiem "żołnierzy Łupaszki, Warszyca, czy też Zapory", ale są ciągle "czterej pancerni" i sowiecki agent J-23. W wielu miejscach Polski ciągle straszy z tablic z nazwami ulic Świerczewski-Walter, a nie znajdziemy ulic mjra Zygmunta Szendzielarza, czy innych wybitnych żołnierzy niepodległościowego podziemia. Warto także przywołać perturbacje z czczeniem w przestrzeni publicznej polskich miast rtma Witolda Pileckiego. To dobrze ilustruje stan powszechnej świadomości historycznej Polaków. Przez ponad dwadzieścia lat wolna Polska nie mogła zdobyć się na wyraźny gest pod adresem swoich bohaterów, tych którzy do końca bronili polskiej niepodległości i nie zgadzali się na podporządkowanie Polski sowieckiemu dyktatowi. Trzeba mieć nadzieję, że w kolejnych latach Dzień Żołnierzy Wyklętych dołączy do najważniejszych polskich świąt.

Kilka dni temu na portalu wPolityce.pl pojawił się Apel 9 Maja, zawierający wezwanie do zapalenia w tym dniu zniczy na grobach żołnierzy antykomunistycznego podziemia. To bardzo piękna i cenna inicjatywa Fundacji "Pamiętamy", ze wszech miar godna propagowania i podjęcia. Szczególnie, że w bieżącym roku może ona dopełnić obchody Dnia Żołnierzy Wyklętych.

W powszechnej świadomości historycznej Polaków bohaterowie antykomunistycznego podziemia ciągle są jeszcze słabo rozpoznawani, bardzo często słabiej niż ich komunistyczni oprawcy. Wcale niełatwo jest przeprowadzać rozmaite związane z ich upamiętnieniem inicjatywy. Ciągle bowiem znajdują się ci, którzy zaczynają wówczas opowiadać o skomplikowanej powojennej historii, w której nie można dokonywać prostych i zdecydowanych osądów. Taka sytuacja zaistniała we wręcz modelowy sposób przed dziesięcioma laty na Podhalu, gdy powstawał pomnik mjra Józefa Kurasia "Ognia", jednego z najwybitniejszych i najskuteczniejszych dowódców antysowieckiej partyzantki. Zresztą takich upamiętnień jest w Polsce dramatycznie mało. Mam wrażenie, że pomników tych naszych bohaterów jest w Polsce mniej niż różnych obelisków poświęconych żołnierzom sowieckim, czy też utrwalaczom sowieckiej dominacji nad Polską. To symptomatyczne, że wielu Polaków tego typu "pomniki" nie rażą. Można stwierdzić, że w dalszym ciągu Polacy nie odzyskali świadomości historycznej i nie rozumieją, że czcząc oprawców zachowują się niegodnie, szczególnie, że równocześnie nie pamiętają o swoich prawdziwych bohaterach. Wszystkich, którzy pragną debatować o niuansowaniu ocen uczestników powojennych wydarzeń, zachęcam do odpowiedzi na proste pytanie: czy czcić należy tych, którzy polskiej niepodległości bronili, czy tych, którzy przeciwko niej działali. Przeciwników polskiej niepodległości niech sobie czczą w krajach, w interesie których działali, a my zacznijmy bez skrępowań przywracać pamięć o Żołnierzach Wyklętych i polskiej Wandei z lat 1943-1963.

Dotychczas mieliśmy nieliczne próby wprowadzenia ich do powszechnej pamięci historycznej Polaków. Najwięcej w tej materii zrobił IPN pod kierownictwem śp. Prezesa Janusza Kurtyki, czego najbardziej spektakularnym wyrazem było wydanie w 2007 r. unikalnego "Albumu polskiego podziemia niepodległościowego 1944-1956". Warto także zauważyć spektakle Teatru Faktu TVP1, czy też wydawaną przez "Rzeczpospolitą" serię "Żołnierze Wyklęci 1943-1963" (zresztą we współpracy z IPN). Powinna ona trafić do każdej polskiej szkoły i stać się przewodnikiem dla młodzieży po dziejach antykomunistycznego powstania w Polsce. Mam także nadzieję, iż młodzi ludzie obejrzą kręcony przez Jerzego Zalewskiego film fabularny "Historia Roja, czyli w ziemi lepiej słychać", poświęcony Mieczysławowi Dziemieszkiewiczowi. Może te wszystkie działania sprawią, iż z polskiego krajobrazu znikną ponure pozostałości po peerelu, a obecna będzie w nim tylko symbolika Polski Niepodległej, której integralną częścią jest walka Żołnierzy Wyklętych z tymi, którzy już dawno powinni zostać przez Polaków przeklęci. Mam nadzieję, że za kilka (kilkanaście?) lat w powszechnej polskiej świadomości historycznej znajdą swoje miejsce wszyscy ci, którzy przez prawie dwadzieścia lat po wkroczeniu armii sowieckiej na ziemie Rzeczypospolitej toczyli heroiczną walkę w obronie polskiej godności i honoru. Komuniści i ich sympatycy chcieli ich wymazać z naszej historii, nazywając ich bandytami, tymczasem tym mianem powinni być nazywani sowieccy oprawcy i polscy renegaci, którzy im służyli.

9 maja to specyficzna rocznica - stalinowskie święto zwycięstwa, to dzień, w którym można stwierdzić, że dopełnił się ówczesny polski los. Zakończenie II wojny światowej było wielkim i radosnym świętem, ale nie w Polsce. W Polsce zaczynał się kolejny tragiczny okres, walka najdzielniejszych i najbardziej zdeterminowanych z przeważającymi siłami obcego mocarstwa i jego popleczników. W tej walce żołnierze antykomunistycznego podziemia byli coraz bardziej samotni, większość zginęła, wielu nie ma swoich mogił. Stąd też 9 maja, gdy być może znowu medialna propaganda głównego nurtu zacznie apelować do Polaków, aby palili znicze na grobach żołnierzy sowieckiej armii, bądźmy z naszymi prawdziwymi bohaterami. Odszukajmy ich groby, porządkujmy je i zapalmy światełko pamięci. Niech chociaż w ten sposób wolni Polacy zaczną spłacać swój dług wobec rodaków, którzy zginęli w beznadziejnej walce, zaświadczając nasze prawo do wolności.

Historia polskiego zbrojnego oporu przeciwko komunizmowi w latach 1943-1963 powinna stać się ważnym elementem kreowania polskiej tożsamości, gdyż pokazuje ona, że Polacy z narzuconą im obcą władzą i z komunizmem nigdy się nie pogodzili. Poza tym przywrócenie polskiej historii epopei Żołnierzy Wyklętych da naszym najnowszym dziejom naturalną ciągłość. Może to także przyczynić się do tego, że zaczną nieswojo czuć się wszyscy ci, którzy w dalszym ciągu z niechęcią myślą o tych, którzy na komunistyczną władzę nigdy się nie zgodzili. To właśnie od nich możemy nieustannie słuchać o wdzięczności, jaką winni jesteśmy sowieckiej Rosji za opanowanie Polski po 1943 r. Ostatnio mogliśmy z kolei usłyszeć, iż III Niepodległość przyszła do Polski z Moskwy, dzięki pierestrojce. W tej wizji historii Polacy nie są samodzielnie do niczego zdolni i muszą otrzymywać od innych "prezenty", a wolni mogą być tylko wtedy, gdy inni im wolność podarują. Nie przestaje mnie zadziwiać stan duchowego zniewolenia głosicieli takiej wizji historii. Tymczasem epopeja żołnierzy antykomunistycznego podziemia niepodległościowego to świadectwo samodzielności i świadomości naszych przodków, którzy wzory czerpali z polskiej, a nie obcej tradycji, a wychowała ich szkoła polska międzywojnia oraz nauczyciele Tajnej Organizacji Nauczycielskiej, o których zresztą też niespecjalnie państwo polskie pamięta.