Doniesienia medialne są, jakie są - o sprawach najważniejszych a więc tych dotyczących podziału stref wpływów czy ewentualnego "zreorganizowania" regionu Europy Srodkowej, panuje jak zwykle cisza. Na tyle głęboka, że w eterze krążą już nawet domysły o różnych tajemnych paktach i ustaleniach. Dyskusje w sieci dominuje ostatnio natomiast jeden temat - to UPA, banderowcy i ukraińscy nacjonaliści wysuwający roszczenia terytorialne wobec Polski. Podobne tematy podejmowane są też ochoczo w ostatnich czasach przez część mediów. Jak najbardziej należy się tymi problemami zajmować  (polecam dzisiejszą, b.ciekawą notkę Wiesławy dot.historii nacjonalizmu ukraińskiego). Zastanawiam się tylko, czy w związku z rozwojem sytuacji i w zaistniałych warunkach nie należałoby skierować w dyskusjach jednak więcej uwagi w stronę praktyki politycznej niż historii, histrię zaś zostawić na czasy nieco spokojniejsze.

       Jeśli chodzi o skrajne organizacje, to zawsze warto bacznie obserwować ich członków oraz ich działania, to jasne. Jednakże śledząc poczynania władz oraz  wszystkie te medialne i sieciowe dyskusje, czasami wręcz pyskówki, można dojść do wniosku, że obecnie największe zagrożenie dla Polski związane z rozwojem wypadków na Ukrainie to nie żadni ukraińscy nacjonaliści a raczej my sami. Oczywiście fantastycznie jest podnosić lamenty, że wszystkim polskim nieszczęściom winni są inni, tym razem padło na banderowców. Tylko czy lamentujący zastanowili się nad sprawą, w jaki sposób Polska pod rządem ekipy nieudaczników przygotowana jest na rozwój wypadków wg kilku możliwych scenariuszy (czy raczej na ile jest nieprzygotowana)? A może ktoś uważa, że nie ma sensu tym się zajmować? A może wręcz nie powinniśmy?

       Warto w każdym razie, aby wszyscy uczestniczący w tych lamentach zastanowili się, czy zamiast wylewania żalów historycznych nie lepiej odpowiedzieć sobie na kilka istotnych pytań, które w mediach głównego nurtu są całkowicie pomijane. Nie informuje o tych sprawach także władza sądząc, że lud ciemny i tak kupi jakiś kit albo zajmie się ciepłą wodą w kranie czy sprawami ginekologiczno-położniczymi (ostatnio główny hit w  mediach). Co ciekawe - są one też pomijane w większości dyskusji w sieci, zdominowanych przez Banderę, zbrodnie UPA i stawianie pomników mordercom.

       A nad kilkoma sprawami warto pomyśleć, gdyż mogą one mieć dużo większe znaczenie niż pokrzykiwanie nacjonalistów i pomniki. Po pierwsze - czy w wypadku przejęcia na Ukrainie władzy przez ugrupowania nacjonalistyczne polska dyplomacja jest przygotowana do nowego ułożenia stosunków z Ukrainą - a więc albo do dokonania ew. ustaleń dot. współpracy (wiadomo, że często skrajne ugrupowania, gdy obejmują władzę rezygnują z różnych względów z części swych postulatów) albo do wytyczenia jasnej i klarownej granicy, którym poczynaniom należy powiedzieć "nie"? Czy polska dyplomacja byłaby także w stanie zapewnić ew. poparcie UE w przypadku konieczności układania sobie na nowo wzajemnych stosunków?

       Po drugie, czy polskie władze są przygotowane na ew.nieprzewidywalny rozwój wypadków - rozruchy, interwencja, rozpad kraju, itp.? Po trzecie, czy na wypadek rozpadu kraju (taki scenariusz nie jest najbardziej prawdopodobny ale nie jest też niemożliwy) polskie władze i służby mają informacje na temat planowanych działań pozostałych krajów sąsiadujących? Po czwarte, czy na wypadek wystąpienia zagrożeń dla Polaków na Ukrainie władze polskie mają jakikolwiek plan działania i czy mają rozeznanie o podobnych planach pozostałych państw sąsiadujących (chodzi tu głównie o Węgry i Rumunię)? Po szóste - czy pod względem technicznym oraz personalnym państwo jest przygotowane na zapewnienie bezpieczeństwa granic - czy to w sytuacji rozpadu kraju czy ew.interwencji ze strony państw trzecich? Czy poczyniono jakiekolwiek ustalenia z sojusznikami z NATO w tej sprawie? Czy polskie służby specjalne są w stanie zapobiec ewentualnym próbom destabilizacji południowo-wschodnich regionów kraju?

       I wreszcie - co chyba może być najbardziej aktualne - czy polskie władze są przygotowane na przyjęcie ewentualnych uchodźców (jeżeli konflikt będzie się przedłużał i dojdzie do jego eskalacji, to należy się z tym liczyć) i czy omawiano już z UE sprawę ewentualnego wsparcia, także finansowego (wiadomo, że Polska będzie krajem, który w razie czego będzie jako pierwszy skonfrontowany z problemem uchodźców).

       Niestety "o tym się publicznie nie mówi" choć nie zmienia to faktu, że takie i podobne pytania powinien zadawać obecnie każdy myślący człowiek (oczywiście ludzie myślący  wiedzą - jako że myślą -  że władza na te pytania nie odpowie; tym niemniej trzeba pisać i mówić o tym), zaś władze powinny o tych sprawach informować Sejm i społeczeństwo. Obawiam się oczywiście, że na większość z tych pytań odpowiedź będzie brzmiała "nie" i dlatego właśnie zasadne jest stwierdzenie, że największym zagrożeniem dla Polski w przypadku niepomyślnego rozwoju wypadków na Ukrainie (w jakąkolwiek stronę) stanie się - niestety - opłakany stan naszego państwa.

       Bo i co mamy zamiast skutecznej dyplomacji i polityki bezpieczeństwa? Ano szefa dyplomacji na "tłicie", kolejnego wybitnego przedstawiciela partii rządzącej obarczającego J.Kaczyńskiego odpowiedzialnością za rozlew krwi w Kijowie, ministrę kwitującą bajzel w infrastrukturze transportowej klimatem, niezbyt dobrze funkcjonującą armię i służby gnębione wiecznie aferami i przekrętami oraz wybitnie szkodliwą dyskusję o więzieniach CIA. Niestety w tym stanie niewiele pomogą ani częste wywiady udzielane przez osoby duchowne na temat banderowców, którym J.Kaczyński rzekomo udziela wsparcia, ani lamenty o ukraińskich nacjonalistach. Niewiele też dadzą dysputy historyczne o rzezi wołyńskiej. Są one oczywiście bardzo ciekawe i poruszające, tylko mogą się okazać niezbyt przydatne w sytuacji, z którą Polska może zostać lada dzień skonfrontowana.