Incydent gruziński jest przywoływany w kontekście katastrofy smoleńskiej najczęściej bez zrozumienia. Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom niektórych gości mojego bloga postanowiłem sprawę wyjaśnić.

Według mojej wiedzy jako pierwsza napisała o nim GW już 24.04.2010. Z artykułu można było dowiedzieć się, że „na pokładzie samolotu prezydent próbował wtedy nakłonić pilotów, by mimo niebezpieczeństwa lądowali w stolicy Gruzji Tbilisi” oraz, że „prezydent wszedł do kabiny załogi i zapytał: panowie, kto jest zwierzchnikiem sił zbrojnych?” Proszę jednak spróbować znaleźć w nim informację, że samolot stał wtedy na lotnisku. W rozpoczętej kampanii medialnej przeważało sformułowanie o naciskach prezydenta na lądowanie w Tbilisi. Ten „skrót myślowy” dobrze pasował do domniemania nacisków na lądowanie w Smoleńsku. Zresztą GW napisała zaraz po tych informacjach „Nie rozstrzygamy, czy to naciski na załogę spowodowały, że 10 kwietnia pilot próbował w trudnych warunkach atmosferycznych posadzić maszynę na płycie lotniska w Smoleńsku.” Znam osobiście kilka osób, które wygłaszały w tamtym czasie opinie „To wszystko przez Kaczora, wszedł do kabiny pilotów i kazał lądować. Tak jak w Tbilisi”. Rekordzistką jest jedna z moich sąsiadek, która jeszcze ponad rok później upierała się, że L. Kaczyński wchodził do kokpitu w czasie lotu i chciał wymusić lądowanie w Tbilisi. Nie dała się zaciągnąć do komputera i pokazać opublikowanego 28.04.2010 (po oskarżeniach z jakimi GW spotkała się po 24.04) wywiadu, w którym pilot dokładniej opowiedział, o co wtedy chodziło, i do dzisiaj „swoje wie”. Niedawno zaskoczył mnie bardzo rozsądny kolega z pracy wyznaniem, że również przez wiele miesięcy był przekonany, że „incydent” miał miejsce w czasie lotu, a nie na lotnisku w Symferopolu.

Tak przedstawiony incydent przekonywał ludzi o tym, że L. Kaczyński mógł podobnie wymuszać lądowanie w Smoleńsku. Według sondażu OBOP dla GW jeszcze dziś 22% Polaków uważa, że przyczyną katastrofy była „presja zwierzchników pilotów, żeby lądować”. Szkoda, że w tym samym sondażu nie zadano pytania, czy prezydent wchodził do kabiny pilotów w czasie lotu do Gruzji. Ciekawe byłoby zbadanie korelacji odpowiedzi.

Jednak w przestrzeni publicznej incydent nie przetrwał w przedstawionej formie z dwóch powodów. Po pierwsze upływ czasu powodował, że do coraz większej liczby ludzi docierały informacje o szczegółach „incydentu”. Po drugie, skoro okazało się, że w przypadku Smoleńska żadnych nacisków na lądowanie nie było, to nie było już czego kojarzyć z „naciskami na lądowanie w Tbilisi”.

Dzisiaj incydent gruziński pojawia się w delikatniejszej formie. Nie mówi się już o bezpośrednich naciskach na lądowanie, tylko o presji jaką miał odczuwać kpt. Protasiuk,  który był drugim pilotem w czasie przywoływanej podróży do Gruzji. Presję tę dodatkowo miały zwiększać nieprzyjemności jakie spotkały kpt. Pietruczuka po odmowie zmiany celu podróży. Przywołuje się „jeszcze się policzymy”, wniosek do prokuratury i epitet „tchórza”.  Przyjrzyjmy się bliżej logice tego rodzaju skojarzeń i zastanówmy się czego kpt. Protasiuka mógł nauczyć incydent gruziński. Przede wszystkim odmowa pilota okazała się skuteczna. Prezydent musiał mu ustąpić a nawet jednoznacznie go o tym poinformować. Pilot powiedział nawet: „Pan prezydent przekazał mi, że skoro nie można nic zrobić, mamy lecieć do Gandżi”. O sprawie „policzenia się” najlepiej świadczy inna wypowiedź Pietruczuka: „Bezpośrednio pan prezydent nigdy do tego nie wracał, a lataliśmy potem przecież razem wiele razy. Po jakimś czasie pan poseł Karski złożył na mnie doniesienie do prokuratury, że nie wykonałem rozkazu. Nie było to przyjemne.” Pilot opowiadał jednak dalej, że zarówno prokuratura, jak dowództwo sił powietrznych nie miały mu nic do zarzucenia. Co więcej gen. Błasik przyznał mu rację. Wiemy również, że został odznaczony. Zarzut tchórzostwa jest rzeczywiście przykry. Zastanówmy się jednak do kogo taki przekaz Karskiego dotarł? Znakomita większość opinii publicznej uznała kpt. Pietruczuka za bohatera, który umiał postawić się prezydentowi, a i zwolennicy PiS o jego „tchórzostwie” jakoś też szybko zapomnieli. Chociaż odmowa lotu do Tbilisi jest często interpretowana jako wynik pewnego sabotażu ze strony rządowych przełożonych, to sam kpt. Pietruczuk nie jest w to mieszany. Można powiedzieć, że jest pozytywnie postrzegany przez całą opinię publiczną.

W świetle tych informacji na pytanie, czego mógł nauczyć Arkadiusza Protasiuka „incydent gruziński” w kontekście katastrofy smoleńskiej jest tylko jedna dobra odpowiedź. Nauczył go, że można i należy odmawiać prezydentowi, gdy chce zmienić cel podróży. Opłaca się to pod każdym względem. Oczywiście nie mógł nauczyć go niczego w sprawie zachowania się w przypadku jakiejkolwiek ingerencji w czasie lotu, ponieważ nic takiego w czasie incydentu gruzińskiego nie miało miejsca. Można doszukiwać się tylko pośredniego wpływu w postaci zwiększonej pewności siebie i asertywności. Okazuje się, że jedyna logiczna interpretacja prowadzi do wniosku, że incydent gruziński, jeśli mógł mieć jakikolwiek wpływ na naciski, czy presję w czasie lotu do Smoleńska, to dokładnie przeciwny od forsowanego przez media michnikowszczyzny.

Skoro wpływ incydentu gruzińskiego na katastrofę smoleńską okazuję się bzdurą zarówno w pierwotnej wersji „hard”, jak i w dzisiejszej wersji „soft”, to dlaczego napisałem w tytule, o jego niekwestionowanym znaczeniu? Dlatego, że miał on ogromny wpływ na postawy Polaków przyjmowane wobec katastrofy. Jest też dowodem na potęgę „czwartej władzy”, która ze zwykłej bzdury potrafi zrobić mit, któremu ulegają miliony. Wreszcie pokazuje on, jak u wielu ludzi polityczne zacietrzewienie wyłącza umiejętność logicznego myślenia.


PS Wszystkim, którzy jeszcze nie znają polecam Moją definicję Gazety Wyborczej.

PS2 Gorąco polecam notkę Prof. Andrzeja Dąbrówki, która dobrze tłumaczyła tę sprawę już 24.04.2010.