Propozycja Arcturus to dla mnie kolejna podróż sentymentalna do czasów niczym niezmąconej młodości, kiedy chłonąłem muzykę jak Tony Montana worek koki. Zafascynowany uderzeniem drugiej fali norweskiego black metalu, który zdecydowania wybił z rytmu death metalowców, zakupywałem (ach tak, ORYGINALNE kasety) nowości z katalogu nowopowstałej wytwórni Mystic. Wstrząśnięty, ale nie zmieszany dziełami Emperor, Satyricon, Mayhem, ale i „kredek” oraz „burgerów” (wtajemniczeni wiedza o kogo chodzi), dałem się zwieść kolejnemu hasłu promocyjnemu Pana Michała, że oto mamy do czynienia z czystym geniuszem, płytą przełomowa stworzoną przez zespół Arcturus, pod diabelskim tytułem „La Masquerade Infernalne”.
Podrapałem się po głowie, zorganizowałem budżet i zakupiłem. W składzie zespołu gwiazdy jak Garm, Hellhammer czy Sverd. Kategorią narzuconą przez szanowną wytwórnię i szumne zapowiedzi to symfoniczny black metal - tylko gdzie on tam był? Riffy gitarowe zupełnie inne od norm północnych fiordów, a o metalu w wersji ekstremalnej przypomina z rzadka Hellhammer (a to na dwie stopki poleci, a w Alone sprzeda nawet trochę blastów). Reszta zaś odlatuje w rejony, których po leśnych stworach nikt by się nie spodziewał. Weźmy taki „Chaos path”, czy drugą część „Painting my horror” – a potem posłuchajmy „The Trial” z „The wall” Floydów i przeczytajmy wypowiedź Rogera Watersa, który tworząc ten utwór miał w głowie Kurta Weilla. Niekiedy brzmienie klawiszy (Sverd to taki muzyczny lider Arcturus) potrafię wyjechać totalnie w rejony kosmiczne, słyszę tam echa starego rocka progresywnego.
Nad wszystkim unosi się jakiś pierwiastek szaleństwa, wzmocniony warstwą liryczną, czy konceptem wizualnym, robi się nam taki „faustowski” klimat, zaś Mefisto czuwa nad nami. Warto zwrócić uwagę na brzmienie płyty, niedoskonałe, dziwne, ale stanowiące zupełną odskocznię od dzisiejszego plastiku i perkusji przerobionej przez maszyny. Tu wszystko dudni, żyje, nie ma granic. Są dziwne wokalizy, odgłosy, ale i tez sporo melodii, chwili kontemplacji (ad astra), przebojowości (alone) czy czarnego kabaretu (painting my horror). Album stworzyli młodzi muzycy, ledwo po 20-ce, mocno związani z ekstremalną sceną metalową w Norwegii, ale mimo to poszli o całe lata świetle dalej, zrywając nawet z własnymi korzeniami (debiutem).
Na tym nie poprzestali, bowiem Garm z Ulver zerwał z metalem i postawił na „elektroambient”, Hellhammer zarówno z Mayhem (grand declaration of war) jak
i z The Kovenant zdecydowanie poszerzył paletę muzyczną. Bo do odważnych świat należy, piąteczka 5.
Dimmu?
No spodziewałem się piąteczki, idę o zakład, że Wmichael też co najmniej 4,5. Mi to nie wchodzi, męczę się, ale dałem radę cierpliwie wusłuchać. Progresywne to to.
BTW gwoli przypomnienia moja propozycja:
Thee Maldoror Kollective “Pilot [Man With The Meat Machine]” (2007)
http://www.wikimetal.info/wiki/Thee_Maldoror_Kollectiv
Co do wyboru płyt do recenzji to muszę przyznać, że prawie zawsze mam problem. Bo czasem coś mnie jara, ale akurat wszyscy o tym piszą, więc nie ma sensu. Dlatego nie rzuciłem choćby Mastodona, bo recki "The Hunter" były nawet na portalach nie związanych z metalem. Totalnie klasyczne rzeczy to też trochę bez sensu, chyba, że wykonawca nie jest powszechnie znany lub poważany w naszym dziwacznym kraju (np.: Bowie, Zappa). Ostatnio korci mnie na dziwactwa - stąd GGFH czy teraz Maldoror. Kiedyś trzeba będzie pojechać po bandzie i rzucić nowy album Piaska czy innej Edyty Górniak. To by była zabawa! Korci mnie też odkurzenie szuflady z etykietą "gotyk". Może być interesująco.
Chcecie dawać Emperora, Mayhem, dawajcie. Dowiecie się co myśli na temat tej muzy ktoś, kto takiej muzy nie słucha. Bo przecież do Projektu Recenzji każdy z nas słucha płyty po parę razy, prawda? Więc to wymusza jakieś podejście. Mój pierwszy kontakt z Arcturusem był bardzo negatywny, ale potem jakoś w miarę wsiąkłem. Gdyby nie Projekt, pewnie bym raz tylko to przesłuchał i odłożył, a tak mam wiedzę. Myślę więc, że nie powinniśmy się krygować, że ktoś tam miękkie ma uszy. Damy radę. Mój główny klucz jest jednak taki, żeby dawać rzeczy takie, które niespecjalnie są w necie popularne. ALbo zapomniane, albo niedoceniane. Wiadomo, że moje własne propozycje mają moje oceny wysokie, ale zawsze jestem ciekaw co sądzą o tym inni. Na zasadzie "weź posłuchaj i zobacz czym się jaram".
A progresja mnie denerwuje, fakt, no ale nie znaczy, że wyłączam od razu. Do tej pory najbardziej nerwy zszargał mi Jesu, reszta to pikuś :)
Piękny konkurs na najciekawszą hejtnotkę? ;)
"Mój główny klucz jest jednak taki, żeby dawać rzeczy takie, które niespecjalnie są w necie popularne. ALbo zapomniane, albo niedoceniane"
Właśnie! Bardzo popieram. Zresztą Wasze propozycje typu T-Bone, Dreamies, Decapitated czy choćby przypomnienie "Grim" były bardzo trafnymi posunięciami. Bo pusłuchałem i było warto.
Przeglądam swoją póleczkę z kasetami i plytami i już mi się mordka śmieje, bo zauważam coraz więcej pozycji, ktore warto przypomnieć lub podejść do nich na świerzo, po latach niesłuchania.
Co nie zmienia faktu, że mam ochotę na jakąś hejtnotkę. Wziąć jakiś mainstream i go zjebać ;)