Dziś Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych.
Długo się zastanawiałem, jakimi słowy można by uhonorować i wyrazić wdzięczność dla tych dzielnych Polaków, skromnych ludzi i pięknych umysłów. Żołnierzy wyklętych jedynie za to, że stawiali opór sowietyzacji Polski.
Pisałem, kreśliłem, poprawiałem, odkładałem zmięte kartki i próbowałem od nowa. Ale zawsze czegoś brakowało, wciąż było za mało.
Aż mi Pan Bóg podsunął refren przepięknej ballady Reinharda Mey’a:
„Błogosławieni są, ci Szaleni”
Błogosławieni, ci Nadłamani
Poplątani, w siebie wpełznięci,
Ci Odrzuceni, Przygnębieni, Przygarbieni.
Do ściany Przyciśnięci.
Błogosławieni, ci Szaleni.
A ja wciąż mam w pamięci, jak gdy byłem mały, Tata, nim go dopadła bezpieka, zasiadał z Mamą przy naszym Steinwayu i w domu rozbrzmiewały ciche, bo kapusie byli wszędzie, słowa ułańskiej piosenki:
Więc pijmy zdrowie szwoleżerowie
Niech smutki zginą w rozbitym szkle,
Gdy nas nie będzie, nikt się nie dowie,
Czy dobrze było nam, czy źle.
Niech smutki zginą w rozbitym szkle,
Gdy nas nie będzie, nikt się nie dowie,
Czy dobrze było nam, czy źle.
Pomódlmy się za nich!
Krzysztof Pasierbiewicz
(nauczyciel akademicki)

Wielokrotnie na łamach "Hal i Dziedzin" ukazywały się artykuły poświęcone osobie Józefa Kurasia, bardziej znanego pod pseudonimem "Ogień". Zawsze śledziłem je z uwagą i próbowałem konfrontować te wiadomości z tym, co słyszałem o "Ogniu" w Gronkowie, Waksmundzie, Ostrowsku, Łopusznej, Szaflarach, Nowym Targu i Ochotnicy. Czasami uderzał w tych artykułach ton moralizatorski. Przypominano, jak to komunistyczna propaganda szkalowała i niszczyła dobre imię jednego z największych synów Podhala. Co zatem skłania mnie do napisania tych kilku słów właśnie w sprawie "Ognia"? Myślę, że mam wystarczający powód. Jestem wnukiem człowieka osobiście zastrzelonego przez "Ognia". Mój dziadek, Władysław Zagata-Łatanek, otrzymał strzał w tył głowy w chwili, kiedy wskazywał "Ogniowi", gdzie mieszkają jego sąsiedzi, Kudasikowie. Był sylwestrowy wieczór roku 1945. W chwili śmierci dziadek miał 36 lat. Zostawił żonę i czworo dzieci. Najmłodsze z nich miało zaledwie 2 lata. Ludzie "Ognia" poszli dalej przez wieś w stronę Ostrowska. U Wojciecha Barana zatrzymali następnych dwóch gronkowian. Jednym z nich był Stanisław Haręza, a drugim brat mojego dziadka, Stanisław Zagata-Łatanek. Pierwszego z nich przepędzono, a drugiego zamordowano na progu. Miał 32 lata. Od Barana oddział poszedł do Szewczyków. Tam wyciągnięto z domu Józefa Szewczyka, który właśnie spożywał wieczerzę z żoną i trójką dzieci. Zastrzelono go pod jabłonią. Miał 34 lata. Od Szewczyków ludzie "Ognia" idą dalej. U Grońskiego-"Pocfy" gra muzyka, bawią się młodzi w oczekiwaniu na Nowy Rok. Strzał w powałę jest znakiem, że szykuje się coś niedobrego. Przybyli pytają o Leona Zagatę-Łatanka. Wyczytany wysuwa się do przodu. Prowadzą go do na dwór, gdzie ginie od kul. Miał niecałe 18 lat. Scenie tej przyglądał się jeszcze jeden Zagata-Łatanek, Bronisław, lat 21. Według naocznych świadków miał uderzyć "Ognia" w twarz i krzyknąć: "Za co zamordowałeś mi brata?". Zginął od kul całego oddziału, posiekany tak, że nie można było rozpoznać jego twarzy. Ale to jeszcze nie koniec tragedii w Gronkowie w pamiętną noc sylwestrową 1945 roku. Na końcu wsi, wśród owiec, został jeszcze zastrzelony Władysław Krzystyniak, lat 28. Kiedy do wsi wracał brat i ojciec zastrzelonych Zagatów-Łatanków, ludzie ostrzegli ich, aby uciekali, informując ich o straszliwej tragedii, która dopiero co się dokonała. Owej nocy miało zginąć jeszcze więcej gronkowian, ale szczęśliwym zbiegiem okoliczności ludzie "Ognia" nie zastali ich w domu. Do dziś nieznane są przyczyny tej tragedii. Gronkowscy partyzanci - to znaczy ci z nich, którzy przeżyli - zawsze woleli unikać tego tematu, bojąc się zemsty ze strony krewnych ofiar. Może ktoś wreszcie powie nam prawdę!? Czy zamordowani w noc sylwestrową 1945 roku gronkowianie to same psubraty, awanturnicy, złodzieje, donosiciele, czy też chodziło o co innego? A może były to osobiste porachunki? Sam "Ogień" bywał kilka razy w domu mojego dziadka, dołączając się do libacji po powrocie Łatanków ze Słowacji (byli handlarzami i przemytnikami, w czasie wojny przeprowadzili przez granicę między innymi setki Żydów polskich). Jeszcze w latach sześćdziesiątych przybysze z Izraela szukali mojego dziadka Władysława, aby podziękować mu za pomoc w ocaleniu życia, nie wiedząc nic o jego śmierci i całej straszliwej tragedii). Nie wiadomo też, dlaczego nie wykonano wyroku na innych skazanych przez "Ognia" na śmierć gronkowianach, między innymi na proboszczu, księdzu Wiktorze Błotko, i kierowniku szkoły, Przytule. Czy jedyną winą Władysława Krzystyniaka były słowa wypowiedziane do prowadzących w góry gronkowskie krowy: "Hej, dobrze się wam paść ludzką krzywdą?" Czy gwizd Ludwika Bryji na przechodzących przez wieś partyzantów był wystarczającym powodem, aby wydać na niego wyrok śmierci? Po zamordowanych zostały płaczące matki, żony i dzieci. Do dziś opowiadają starsi gronkowianie o matce zamordowanych Łatanków, która do samej śmierci opłakiwała utratę swoich czterech synów (kilka lat wcześniej zmarł na gruźlicę jeszcze jeden jej syn, student Franciszek). Ludzie z daleka obchodzili jej dom, gdyż, zwłaszcza wieczorami, słychać było jej płacz przechodzący w skowyt. Po kilku latach zmarła z bólu. Po wykonaniu wyroków śmierci na gronkowianach, ludzie "Ognia" zagrozili, że spalą całą wieś, jeśli ktoś pójdzie na pogrzeb pomordowanych. Tak samo grożono śmiercią przeklinającym ich żonom i krewnym pomordowanych. Nie trzeba dodawać, że tragedia ta spowodowała zubożenie tych rodzin i ból, którego wystarczy na kilka pokoleń. Do ofiar nocy sylwestrowej roku 1945 trzeba dodać jeszcze kilkunastu gronkowian, którzy zginęli z rąk ludzi "Ognia", zarówno w czasie wojny, jak i w następnych latach. Słów tych nie pisze człowiek pałający nienawiścią czy wysługujący się komunistom. Broń mnie Panie Boże! Zarówno ofiary, jak i ich oprawcy są już dawno na Boskim sądzie. Wcześniej czy później prawda wyjdzie na jaw. Wiem, że żyją jeszcze ludzie, którzy byli u "Ognia". Może oni coś dopowiedzą? A może wreszcie usłyszymy zwyczajne, chrześcijańskie "przepraszam" czy też góralskie "wyboccie"? Na to czekają rodziny ofiar poległych z rąk "Ognia" i jego ludzi nie tylko w Gronkowie. Jeżeli rzeczywiście "Ogień" i jego ludzie byli gorącymi patriotami i bojownikami o wolną i niepodległą Polskę, sprawa ta musi być wyjaśniona. W przeciwnym razie zarówno on, jak i jego ludzie, nadal nazywani będą, i to bynajmniej nie tylko przez komunistyczną propagandę, "bandytami".
ks. Władysław Zarębczan,
pracownik Archiwum Watykańskiego
jeden z potomków ofiar z Gronkowa na Podhalu”
Pozdrawiam.
Pisze Pan w komentarzu:
"Wieczna cześć i chwałabohaterom polskiej niepodległości, wieczna hańba komunistycznym zbrodniarzom, sowieckim okupantom i ich ideowym spadkobiercom...".
Odpowiadam:
Tak. Trzeba pamiętać przede wszystkim o bohaterach, lecz nie wolno zapominać o zbrodniarzach.
Dziękuję Panu za komentarz i sedrdecznie pozdrawiam,
Krzysztof Pasierbiewicz
Zamiescilem fragment opowieści księdza, który pochodzi z terenów, gdzie grasował "Ogień" i tyle.
Nie widzisz, że cały tekst jest wzięty w cudzysłów?
To chyba jasne, że to nie ja napisalem.
"lewicowiec nie może być księdzem"
Polecam lekturę o sytuacji w kościołach południowo i środkowoamerykańskich.
Moze wtedy zmienisz zdanie.
W komentarzu przytacza Pan opowieść ks. Eładysława Zarębczana, cytuję:
"„SYLWESTER 1945 W GRONKOWIE
Wielokrotnie na łamach "Hal i Dziedzin" ukazywały się artykuły poświęcone osobie Józefa Kurasia, bardziej znanego pod pseudonimem "Ogień". Zawsze śledziłem je z uwagą i próbowałem konfrontować te wiadomości z tym, co słyszałem o "Ogniu" w Gronkowie, Waksmundzie, Ostrowsku, Łopusznej, Szaflarach, Nowym Targu i Ochotnicy. Czasami uderzał w tych artykułach ton moralizatorski. Przypominano, jak to komunistyczna propaganda szkalowała i niszczyła dobre imię jednego z największych synów Podhala. Co zatem skłania mnie do napisania tych kilku słów właśnie w sprawie "Ognia"? Myślę, że mam wystarczający powód. Jestem wnukiem człowieka osobiście zastrzelonego przez "Ognia". Mój dziadek, Władysław Zagata-Łatanek, otrzymał strzał w tył głowy w chwili, kiedy wskazywał "Ogniowi", gdzie mieszkają jego sąsiedzi, Kudasikowie. Był sylwestrowy wieczór roku 1945. W chwili śmierci dziadek miał 36 lat. Zostawił żonę i czworo dzieci. Najmłodsze z nich miało zaledwie 2 lata. Ludzie "Ognia" poszli dalej przez wieś w stronę Ostrowska. U Wojciecha Barana zatrzymali następnych dwóch gronkowian. Jednym z nich był Stanisław Haręza, a drugim brat mojego dziadka, Stanisław Zagata-Łatanek. Pierwszego z nich przepędzono, a drugiego zamordowano na progu. Miał 32 lata. Od Barana oddział poszedł do Szewczyków. Tam wyciągnięto z domu Józefa Szewczyka, który właśnie spożywał wieczerzę z żoną i trójką dzieci. Zastrzelono go pod jabłonią. Miał 34 lata. Od Szewczyków ludzie "Ognia" idą dalej. U Grońskiego-"Pocfy" gra muzyka, bawią się młodzi w oczekiwaniu na Nowy Rok. Strzał w powałę jest znakiem, że szykuje się coś niedobrego. Przybyli pytają o Leona Zagatę-Łatanka. Wyczytany wysuwa się do przodu. Prowadzą go do na dwór, gdzie ginie od kul. Miał niecałe 18 lat. Scenie tej przyglądał się jeszcze jeden Zagata-Łatanek, Bronisław, lat 21. Według naocznych świadków miał uderzyć "Ognia" w twarz i krzyknąć: "Za co zamordowałeś mi brata?". Zginął od kul całego oddziału, posiekany tak, że nie można było rozpoznać jego twarzy. Ale to jeszcze nie koniec tragedii w Gronkowie w pamiętną noc sylwestrową 1945 roku. Na końcu wsi, wśród owiec, został jeszcze zastrzelony Władysław Krzystyniak, lat 28. Kiedy do wsi wracał brat i ojciec zastrzelonych Zagatów-Łatanków, ludzie ostrzegli ich, aby uciekali, informując ich o straszliwej tragedii, która dopiero co się dokonała. Owej nocy miało zginąć jeszcze więcej gronkowian, ale szczęśliwym zbiegiem okoliczności ludzie "Ognia" nie zastali ich w domu. Do dziś nieznane są przyczyny tej tragedii. Gronkowscy partyzanci - to znaczy ci z nich, którzy przeżyli - zawsze woleli unikać tego tematu, bojąc się zemsty ze strony krewnych ofiar. Może ktoś wreszcie powie nam prawdę!? Czy zamordowani w noc sylwestrową 1945 roku gronkowianie to same psubraty, awanturnicy, złodzieje, donosiciele, czy też chodziło o co innego? A może były to osobiste porachunki? Sam "Ogień" bywał kilka razy w domu mojego dziadka, dołączając się do libacji po powrocie Łatanków ze Słowacji (byli handlarzami i przemytnikami, w czasie wojny przeprowadzili przez granicę między innymi setki Żydów polskich). Jeszcze w latach sześćdziesiątych przybysze z Izraela szukali mojego dziadka Władysława, aby podziękować mu za pomoc w ocaleniu życia, nie wiedząc nic o jego śmierci i całej straszliwej tragedii). Nie wiadomo też, dlaczego nie wykonano wyroku na innych skazanych przez "Ognia" na śmierć gronkowianach, między innymi na proboszczu, księdzu Wiktorze Błotko, i kierowniku szkoły, Przytule. Czy jedyną winą Władysława Krzystyniaka były słowa wypowiedziane do prowadzących w góry gronkowskie krowy: "Hej, dobrze się wam paść ludzką krzywdą?" Czy gwizd Ludwika Bryji na przechodzących przez wieś partyzantów był wystarczającym powodem, aby wydać na niego wyrok śmierci? Po zamordowanych zostały płaczące matki, żony i dzieci. Do dziś opowiadają starsi gronkowianie o matce zamordowanych Łatanków, która do samej śmierci opłakiwała utratę swoich czterech synów (kilka lat wcześniej zmarł na gruźlicę jeszcze jeden jej syn, student Franciszek). Ludzie z daleka obchodzili jej dom, gdyż, zwłaszcza wieczorami, słychać było jej płacz przechodzący w skowyt. Po kilku latach zmarła z bólu. Po wykonaniu wyroków śmierci na gronkowianach, ludzie "Ognia" zagrozili, że spalą całą wieś, jeśli ktoś pójdzie na pogrzeb pomordowanych. Tak samo grożono śmiercią przeklinającym ich żonom i krewnym pomordowanych. Nie trzeba dodawać, że tragedia ta spowodowała zubożenie tych rodzin i ból, którego wystarczy na kilka pokoleń. Do ofiar nocy sylwestrowej roku 1945 trzeba dodać jeszcze kilkunastu gronkowian, którzy zginęli z rąk ludzi "Ognia", zarówno w czasie wojny, jak i w następnych latach. Słów tych nie pisze człowiek pałający nienawiścią czy wysługujący się komunistom. Broń mnie Panie Boże! Zarówno ofiary, jak i ich oprawcy są już dawno na Boskim sądzie. Wcześniej czy później prawda wyjdzie na jaw. Wiem, że żyją jeszcze ludzie, którzy byli u "Ognia". Może oni coś dopowiedzą? A może wreszcie usłyszymy zwyczajne, chrześcijańskie "przepraszam" czy też góralskie "wyboccie"? Na to czekają rodziny ofiar poległych z rąk "Ognia" i jego ludzi nie tylko w Gronkowie. Jeżeli rzeczywiście "Ogień" i jego ludzie byli gorącymi patriotami i bojownikami o wolną i niepodległą Polskę, sprawa ta musi być wyjaśniona. W przeciwnym razie zarówno on, jak i jego ludzie, nadal nazywani będą, i to bynajmniej nie tylko przez komunistyczną propagandę, "bandytami".
ks. Władysław Zarębczan,
pracownik Archiwum Watykańskiego
jeden z potomków ofiar z Gronkowa na Podhalu”...".
Odpowiadam:
W pierwszej chwili pomyślałem, że to opowiadanie to prowokacja.
Ale przypomniałem sobie, że jak w latach siedemdziesiątych jeździłem ze swoimi studentami na geologiczne praktyki terenowe na Podhale, miejscowi ludzie faktycznie mieli nie najlepsze zdanie o "Ogniu".
Jak było naprawdę? Nie wiem.
Wiadomo natomiast, że każda wojna ma swoich bohaterów, ale wiadomo także, ża każdej wojnie towarzyszą zdarzenia nie przynoszące powodów do chwały. Bo wojna z jednych wyzwala szlachetność, a innych demoralizuje. Przykładem mogą być chociażby haniebne sprawki żołnierzy amerykańskich w Iraku czy Afganistanie. Bo wojna się rządzi innymi prawami niż czas pokoju.
Jeśli "ognia" faktycznie zdemoralizowała wojna, to wcześniej czy później ocenią to historycy. Ja się nie wypowiadam.
Zgadzam się natomiast z opinią, że być może niektórych naszych bohaterów wojennych wyniesionych na piedestał trzeba trochę odbrązowić. Bo myślę, że słuchając różnych opinii z różnych źródeł, dokładnie tak samo kontrowersyjnymi postaciami mogą być zarówno "Ogień" jak na przykład "profesor" Bartoszewski. Być może, że dla określonych celów politycznych obu z nich "przereklamowano". My Polacy lubimy tak zwane "ikony". A ocenę obydwu panów pozostawiam historykom.
Natomiast moja notka, proszę Pana, odnosi się nie tylko do żołnierzy walczących, lecz również do tysięcy bezimiennych Polaków, którzy już po wojnie, zdobyli się za młodu na „małe bohaterstwo” nie zapisując się do ZMSu, potem do PZPRu i nie dali się zwerbować, bądź zaprzedać bezpiece poświęcając często dla Ojczyzny karierę i wygodne życie.
Bo przecież z takich właśnie „bezimiennych bohaterów” składają się szeregi prawdziwej prawicy. Ja tych ludzi traktuję również jako "żołnierzy" walczących z komuną.
Takim żołnierzem jest bohater mojej najnowszej powieści pt, "Magia namiętności" wydanej przez Wydawnictwo ARCANA, gdzie w epilogu autor tak mówi o bohaterze książki, cytuję:
"Majątku nie zrobił, bo się nigdy nie zbratał z czerwonymi, a po upadku komuny, jak od zarazy stronił od zawłaszczających Polskę różowych siewców nowego porządku. To małe bohaterstwo, które wyniósł z domu, pozwalało mu za to spać spokojnie w nocy, a każdego ranka patrzeć przy goleniu w lustro z czystym sumieniem"..., koniec cytatu.
Tacy ludzie, którzy nie walczyli z komuną karabinem lecz uczciwością i miłością do Ojczyzny wolnej od komuszej subkultury, też są dla mnie "żołnierzami wyklętymi".
I moim zdaniem to oni i ich dzieci powinni kształtować losy przyszłej Polski. Więcej, gorąco wierzę, że wcześniej czy później to nieuchronnie nastąpi.
Dziękuję Panu za komentarz i pozdrawiam,
Krzysztof Pasierbiewicz
nie jestem księdzem, a jedynie zacytowałem fragment jego opowieści, dlatego wziąłem to wszystko w cudzysłów.
Zrobiłem to po to, aby odbrązowić niektórych bohaerów tamtych czasów.
Przekleńswem naszych czasów jest to, że najpierw czerwoni przedstawiali historię, tak jak im to było wygodnie, kłamiąc i oszukując, wynosząc swoich na pomniki, a innych srąciając w czeluście niepamieci.
Ustrój sie nam zmienił, ale trend pozostał.
Nowi "historycy" przedstawiają nam swoją wersje historii.
nie robią tego tak po chamsku jak czerwoni, ale jednak, tak jak tamci swoim stawiają pomniki, ale przeciwników mieszają z błotem.
Im wydaje się, że zycie ma tylko dwa kolory: biały i czarny.
Dobrze jednak wiemy, że tak nie jest i że ludzi nie mozna klasyfikowac na zasadzie ten jest zły a ten jest dobry.
Życie to nie western, jego scenariusz jest bardziej skomplikowany.
Jak tylko znajdę troche czasu to postaram sie zamiescić troche materiaów o Łupaszce, to tez jest postać bardzo kontrowersyjna.
Pozdrawiam
Pisze Pan:
"Ustrój sie nam zmienił, ale trend pozostał...".
Odpowiadam:
Tak. Zgdzam się z Panem o tyle, że moim zdaniem wszyscy od czterdziestki w górę są bardziej lub mniej skażeni bakcylem komuny.
Dlatego w notce pt. "Naród obłąkany: pisałem, cytuję:
"Niedawno wpadłem do kultowego baru kawowego „RIO” w Królewskim Mieście Krakowie, gdzie codziennie o tej samej porze zbiera się ta sama od lat „podwawelska śmietanka”, aktualnie w wieku, by się nie narazić paniom powiem czterdzieści plus ze wskazaniem na mocno zaawansowaną pięćdziesiątkę.
Kawę pija się tam przy barowych ladach z wysokimi stołkami, na których nie sposób usiedzieć, więc wszyscy rozmawiają na stojąco.
Niegdyś starzy bywalcy baru kawowego RIO pili kawę razem, jak w rodzinie. Jednakże trwająca od czasu ułożenia się różowych z czerwonymi w Magdalence wojna polsko polska przypieczętowana tragedią smoleńską zniweczyła tę harmonię i towarzystwo podzieliło się na frakcje: „udecko-platformerską”, „eselowsko-ubecką” i „pisowsko-narodową”, które piją kawę przy oddzielnych ladach.
Jak zwykle o 13-tej zaczęli się schodzić odwieczni bywalcy, a obok mnie przystanął pewien krakowski artysta, z którym pogadałem chwilę o tym, co słychać w teatrach.
Kątem oka spostrzegłem, że przy ladzie pisowsko-narodowej rozkładają się dwie moje wieloletnie przyjaciółki, z powodu trzaskających mrozów zakutane w angielskie pilotki i wielowarstwową cebulkę najnowszych hitów kolekcji zimowej miejscowych secondhandów, nad wyraz zapalczywe, bogoojczyźniane bojowniczki walecznych szwadronów Ojca Dyrektora. Pokiwałem im radośnie, bo je znam od dziecka i krzyknąłem przez ramię, że zaraz do nich podejdę.
W międzyczasie zostały obsadzone lady platformersko-eseldowsko-ubeckie, gdzie w towarzystwie kilku wyfiokowanych w drogie futra i szpanujących najnowszymi zdobyczami chirurgii plastycznej pań doktorowych, mecenasowych, dyrygentowych, biznesmanowych i innych owych, zauważyłem mojego kumpla z liceum, szanowanego lekarza, któremu również pokiwałem przyjaźnie.
Artysta się gdzieś śpieszył, więc podszedłem do moich przyjaciółek z otwartymi ramionami. Zmroziły mnie jednak ich lodowato wzgardliwe spojrzenia, a gdy zapytałem, co się stało, po chwili źle wróżącej ciszy jedna z nich spurpurowiała jak indor i prychnęła z furią: Człowieku! Jak ty, chłopak z dobrego domu, szanowany naukowiec, możesz pić kawę razem z tym wrednym peowcem, pożal się Boże artystą, który dałby się porąbać za Tuska!!! A druga mnie ofuknęła, że mój ojciec akowiec z pewnością teraz się przewraca w grobie. Wyczułem, że nie żartują, gorzej, że powiewa od nich wicherek że tak powiem pogardliwo nienawistny. Wykręciłem się tedy, że muszę iść do samochodu bo mi zaraz wlepią mandat. Kiedy wyszedłem na zewnątrz, dobiegło mnie wołanie kolegi lekarza, żebym się koniecznie zatrzymał. Gdy się wreszcie dotoczył, zadyszany, z rozzłoszczoną miną walnął z grubej rury: Krzysiek! Miałem cię za inteligentnego faceta! Z kim ty się człowieku zadajesz! Przecież te babska to niebezpiecznie nawiedzone pisówy, które za Kaczora utopiłyby cię w łyżce wody! Czy ty chłopie nie rozumiesz, że jak oni wrócą do władzy to mamy wszyscy do imentu przerąbane?! Wstydź się stary! Ty! Pracownik naukowy gadasz z radiomaryjnymi babonami! Nie dał mi dojść do słowa, aż mu żyły wylazły na skroniach. I znowu wyczułem, że kolega nie żartuje zionąc ku mnie pogardliwą nienawiścią. Więc znowu się wykręciłem umówionym spotkaniem.
Kiedy szczęśliwy, że mi się udało uwolnić od zakręconego oszołoma znikałem za rogiem, zaszedł mnie od tyłu były ubek, który też pił kawę w RIO, niegdyś bramkarz z krakowskich Jaszczurów, który w czasie komuny handlował dolarami i donosił na kolegów, a obecnie jest prezesem jakiejś ważnej spółki. Zasapany i wyraźnie rozjuszony wygarnął mi na odlew: Myślałem żeś pan jesteś uczonym człowiekiem. Czy się panu za przeproszeniem w głowie popieprzyło?! Widziałem w kim żeś pan rozmawiał! Czy pan nie rozumie, że z tą pisowsko-peowską bandą nie wolno się zadawać bo to same mendy i złodzieje! Aż go zadławiło ze wzburzenia. Więc znowu się wykręciłem, tym razem umówionym obiadem.
Po powrocie do domu też nie było lekko. Bo po południu zadzwoniła jedna ze spotkanych w RIO przyjaciółek i przez pół godziny mnie beształa, jak ja mogłem rozmawiać z tymi bandziorami Tuska, którzy nam zabili prezydenta pod Smoleńskiem. A wieczorem dobił mnie telefon kolegi lekarza, który prawie godzinę nawijał, że krakowskie elity się za mnie wstydzą, bo wszyscy widzieli jak stałem w RIO z tymi parszywymi pisiorami, którzy tylko patrzą żeby przejąć władzę. Długo nie mogłem usnąć ogarnięty lękiem, że zaraz zadzwoni ubek. A w nocy mi się śniło, że mnie linczowali na zmianę platformersi z pisiorami.
Sami Państwo widzicie, że politycy doprowadzili naród do choroby umysłowej zamieniwszy Polskę w jeden wielki dom wariatów, od lewa, przez środek, do prawa. I myślę, że się Państwo ze mną zgodzicie, że to wszystko, plus ostatnie wyczyny rządu Donalda Tuska dowodzi niezbicie, że Polska weszła już w ostatnie stadium paranoidalnej schizofrenii zrodzonej z maniakalnej nienawiści wszystkich do wszystkich, za czym jest już tylko czarna dziura.
Dlatego trzeba sobie powiedzieć otwarcie, że skażeni genetycznie komuną politycy starszej generacji nie powinni już rządzić Polską. Bo wychodzi na to, że Polacy mniej więcej od czterdziestki w górę już nigdy nie przestaną się wzajemnie nienawidzić za okrągły stół, stan wojenny, niedokończoną lustrację, trzecią i czwartą RP, i smoleńską katastrofę.
Ktoś może teraz pomyśleć, że nie ma już nadziei dla Polski. Nieprawda!!! Jest jeszcze tak zwana ostatnia szansa. Tą szansą jest spontaniczny zryw młodego pokolenia Polaków, którzy tak wspaniale zaprotestowali przeciw ACTA. To oni właśnie powinni się teraz zorganizować, co bardzo ważne! - bez pomocy politycznych „doradców”, szczególnie Palikota, i pod hasłem „zgredom już dziękujemy” przejąć władzę w Polsce..., koniec cytatu.
Dziękuję za komentarz i pozdrawiam,
Krzysztof Pasierbiewicz
Ponieważ ukryto treść Pańskiego komentarza dla Lewicowca, przekopiowałem go na własną odpowiedzialność:
"Czy Ty jesteś ks.Władysławem Zarębczanem ? Ja tylko chciałbym to wiedzieć,bo znająć Twoje rózne wpisy mam co do tego wątpliwości.Proszę mi wybaczyć,ale interesując się troszkę dziejami Niezłomnych nigdzie o tej historii nie słyszałem(istnieją kontrowersje na styku Ogień a słowacy).Dlatego tęż bardzo bym prosił o odpowiedż na moje pytania".
Pozdrawiam,
Krzysztof Pasierbiewicz
Ponieważ ukryto treść Pańskiego komentarza do Samnasam, przekopiowuję go na własną odpowiedzialność:
"Oczywiście doskonale zdaję sobie sprawę ,że to ordynarna wrzuta(wystarczy poczytać jego wpisy),ale te "lokaje w garniturach od Armaniego" bywszego systemu wszędzie psują powietrze.Obiecywałem sobie ,że nie będę g.... ruszał,ale jak widzę taką" sztukę to zapominam o kulturze",jak mawiał bohater "daleko od szosy".Takie "osobniki" szlajają się po tym S24 bezkarnie a innych "mysia do nory wrzuca",ot paradoks 23 lat "normalności".
Pozdrawiam".
Pozdrawiam,
Krzysztof Pasierbiewicz
Witam Panie Krzysztofie;))
"Nie dajmy zginąć poległym" - Zbigniew Herbert.
Nie dajmy....
Pozdrawiam serdecznie;)))
Pisze Pani w komentarzu:
""Przez całe lata PRL-u nazywano Ich „zaplutymi karłami reakcji”, a wszystkie niepodległościowe organizacje, do których należeli określano jako „faszystów”, czy „bandy reakcyjne z pod znaku NSZ”. W zamian za ofiarną walkę w obronie wartości jaką była Niepodległość Ojczyzny wielu z Nich poległo z bronią w ręku, innych zamęczono w więzieniach ciągłymi przesłuchaniami i torturami, a jeszcze inni po okrutnych śledztwach przechodzili pokazowe procesy, które były kpiną z wymiaru sprawiedliwości, a których wyrok był oczywisty – natychmiastowo wykonywano kary śmierci. Jedynie nielicznym udało się przetrwać stalinowski reżim, aby żyć dalej przez długie dekady Polski Ludowej z piętnem „reakcyjnego bandyty”. Zaledwie garstka z Nich dożyła tzw. odwilży i ustawy honorującej ich wieloletnie zmagania w szeregach SZP, ZWZ, AK, DSZ, ROAK, NZW, NSZ, SN, i WiN z oboma okupantami. Dożyli oni również dużej liczby rewizji nadzwyczajnych od wyroków śmierci, które otrzymali ich dowódcy i towarzysze partyzanckiej doli i niedoli… a tych trzeba przynajmniej przypomnieć!...".
Odpowiadam:
Dziękuję Pani serdecznie za to przypomnienie. Oby takich jak najwięcej! Szczególnie, że edukacyjni doktorzy Mendele obecnie rządzącej Polską ekipy dosłownie stają na głowie żeby wyrugować z programów szkolnych naszą rodzimą historię, a szczególnie te jej działy, które obnażają prawdę o zbrodniach i draństwach, dzięki którym teraz post komuna tak bezkarnie się panoszy w Polsce.
Uważam, że naczelnym obecnie zadaniem uczciwych dziennikarzy, zarówno tych z prawej, jak i z lewej strony jest d e m a s k o w a n i e, wszystkimi możliwymi sposobami, r z e c z y w i s t e j jakości post-komunistycznych elit III RP. Trzeba bezlitośnie obnażać ich prawdziwy rodowód, mierny poziom, zakłamanie, miałkość ideową i bezpardonową hipokryzję. Bezlitośnie i konsekwentnie demaskować, ale, co bardzo ważne, bez agresji, starając się unikać nadmiernego patosu i nut martyrologicznych, co bardzo drażni i zniechęca młodych.
Trzeba niezbyt chlubnym wzorem „Szkła kontaktowego” zacząć wykpiwać mentorstwo panów Wajdów, obleśność panów Kutz’ów, nienawistne zaplucie panów Bartoszewskich, antypisowskie fobie panów Niesiołowskich, chamstwo, pretensjonalne stroje i fryzury panów Palikotów, żałosne anegdoty panów Żelichowskich i tak dalej. Bo to oni sieją ową wynaturzoną nienawiść, którą kolaboranckie media przypisują obozowi Jarosława Kaczyńskiego i samemu Prezesowi.
Trzeba koniecznie odkłamać wylansowany ostatnimi laty stereotyp myślowy, że „lewactwo to cnota, a patriotyzm to obciach”. Uważam to za jedno z najważniejszych obecnie wyzwań dla uczciwych dziennikarzy. I należy zapomnieć o dumnej zasadzie nie zniżania się do poziomu przeciwnika, bo w ten sposób zostawiamy drugiej stronie monopol na bezkarność i jedynie słuszną rację. Samą dumą nigdy się nie wygra. Trzeba uaktywnić błyskotliwych dziennikarzy i dowcipnych satyryków, a także pisarzy. Odpowiednio wycelowana drwina daje częstokroć więcej niż długie, poważne wywody, szczególnie teraz, gdy młodzież prawie nic nie czyta.
Dziękuję Pani za komentarz i serdecznie pozdrawiam,
Krzysztof Pasierbiewicz
Napisała Pani w komentarzu:
"Witam Panie Krzysztofie;))
"Nie dajmy zginąć poległym" - Zbigniew Herbert.
Nie dajmy....
Pozdrawiam serdecznie;)))...".
Odpowiadam:
Tak!!! Nie dajmmy zginąć poległym! Dlatego między innymi napisałem "Magię namiętności", gdzie w nieco innym świetle niż to robi pan "profesor" Bartoszewski, starłem się wytłumaczyć jak być rzeczywiście przyzwoitym.
Dziękuję za komentarz i serdecznie pozdrawiam,
Krzysztof Pasierbiewicz
Nieprzypadkowo „Ogień” w rozkazie z 8 sierpnia 1946 r. nakazywał 3. kompanii
„bandy rabunkowe likwidować bez pardonu”21. Takie działania wzmacniały więzi łączące
partyzantów i ludność, a wieści o rozbiciu band nękających okolicę rozchodziły się szybko.
Przykładem może być likwidacja czteroosobowej szajki Łatanków z Gronkowa, którzy, mimo
kilkakrotnych ostrzeżeń „Ognia”, kontynuowali działalność rabunkową; z wyroku Kurasia
zastrzelono ich w końcu grudnia 1945 r. Także o tym mówiono na plenum WRN w Krakowie,
które odbyło się między 5 a 26 marca 1946 r.: „I w tym wypadku społeczeństwo nie ustosunkowało
się negatywnie do mordu, bo pomordowani to byli przeważnie złodzieje. Chłopi
tamtejsi musieli sypiać w stajni, bo im ginęły owce, konie i krowy. W ten sposób utworzyła
się legenda, że »Ogień« robi porządek”22.
Maciej Korkuć, IPN Kraków: Zgrupowanie Ognia
W komentarzu cytuje Pan konkretny materiał faktograficzny:
"Ważnym elementem aktywności było zwalczanie pospolitej przestępczości i band rabunkowych.
Nieprzypadkowo „Ogień” w rozkazie z 8 sierpnia 1946 r. nakazywał 3. kompanii
„bandy rabunkowe likwidować bez pardonu”21. Takie działania wzmacniały więzi łączące
partyzantów i ludność, a wieści o rozbiciu band nękających okolicę rozchodziły się szybko.
Przykładem może być likwidacja czteroosobowej szajki Łatanków z Gronkowa, którzy, mimo
kilkakrotnych ostrzeżeń „Ognia”, kontynuowali działalność rabunkową; z wyroku Kurasia
zastrzelono ich w końcu grudnia 1945 r. Także o tym mówiono na plenum WRN w Krakowie,
które odbyło się między 5 a 26 marca 1946 r.: „I w tym wypadku społeczeństwo nie ustosunkowało
się negatywnie do mordu, bo pomordowani to byli przeważnie złodzieje. Chłopi
tamtejsi musieli sypiać w stajni, bo im ginęły owce, konie i krowy. W ten sposób utworzyła
się legenda, że »Ogień« robi porządek”22.
Maciej Korkuć, IPN Kraków: Zgrupowanie Ognia...".
Odpowiadam:
Bardzo Panu dziękuję za zacytowanie tego materiału.
Ja się do niego dzisiaj nie ustosunkuję bo nie jestem historykiem.
Ale może ktoś z historyków się odezwie.
W tym właśnie upatruję sens merytorycznego blogowania.
A ja w swojej notce poruszyłem problem pamięci o Żołnierzach wyklętych, między innymi dlatego, że jednym z nich był mój tata zamęczony przez bezpiekę w latach pięćdziesiątych. I chociaż jak przez mgłę, to jednak pamiętam tę katorgę przez jaką przechodziła nasza rodzina.
Dziękuję Panu za komentarz i serdecznie pozdrawiam,
Krzysztof Pasierbiewicz