„Problem w tym, że ludzi obchodzi dzisiaj tylko to, co czują, a nie to, co myślą. Dla mnie ważne jest, co myślę” – strofuje swojego lekarza wiekowa już Margaret Thatcher, gdy ten pyta ją, jak się czuje. To jedna z najważniejszych scen w „Żelaznej Damie”, filmie o przywództwie, samotności i starości.
Dwie deklaracje wypada od razu złożyć. Pierwsza – jestem admiratorem Lady Thatcher, uważam ją za najwybitniejszego brytyjskiego premiera od czasów Churchilla i jednego z najwybitniejszych polityków XX w. Druga – „Żelazna Dama” nie pokazuje w pełni tego, za co panią Thatcher można cenić i nie jest najwybitniejszym filmem o polityce, ale wciąż warto ją obejrzeć.
W ostatnich latach powstały w Wielkiej Brytanii trzy filmy o styku osobowości z władzą i jej wyzwaniami, a także o dojrzewaniu do władzy – „Królowa” (rewelacyjna Hellen Mirren), „Jak zostać królem” (znacznie lepszy oryginalny tytuł „The King’s Speech”, ze wspaniałym Colinem Firthem jako Jerzym VI) i teraz „Żelazna Dama” z Meryl Streep. Z tych trzech moim faworytem jest „Jak zostać królem”. „Żelazna Dama” jest najsłabsza, bo filmowo przestylizowana – na tyle, że nie tylko umożliwi to niektórym pokrętną i fałszywą interpretację całości, ale w dodatku zaciemnia to, co w postaci bohaterki najistotniejsze.
„Królowa” i „Jak zostać królem” są zbudowane w klasycznym, linearnym planie. Pierwszy z tych filmów to w takim samym stopniu opowieść o Elżbiecie II, co o Tonym Blairze, który z czasem coraz lepiej rozumie sens istnienia brytyjskiej monarchii. Drugi pokazuje, jak pełen kompleksów „looser” przy pewnej pomocy z zewnątrz znajduje wewnętrzną siłę, aby walczyć swoją słabością i poprowadzić naród w niezwykle trudnej chwili.
Twórcy „Żelaznej Damy” postanowili pójść inną drogą i stworzyli kolaż obrazów z przeszłości, które przewijają się w wyobraźni podstarzałej byłej premier, rozmawiającej z iluzją swojego zmarłego męża. Prawdziwa opowieść o politycznej wielkości i dojrzewaniu do roli męża stanu przewija się właśnie w tych urywkach z przeszłości i to one – nie obraz starzejącej się pani premier – są substancją tej opowieści. Choć proporcje między oboma wątkami są zdecydowanie zachwiane. Brakuje w tym filmie politycznego „mięsa”, a jego nielinearna konstrukcja nie pasuje do materii, o której opowiada.
Sportretowanie Margaret Thatcher sprzed zaledwie kilku lat wzbudziło największe kontrowersje. Broniła tej koncepcji sama Meryl Streep, przy czym trzeba pamiętać, że jako typowa przedstawicielka lewicowego Hollywoodu przedstawiała – znakomicie, to inna sprawa – postać jak najdalszą od jej poglądów. Krytykowali film torysi, w tym sam David Cameron, w pokazaniu ogarniętej halucynacjami i demencją Thatcher upatrując złośliwości.
Faktycznie – można ten sposób pokazania bohaterki zinterpretować i złośliwie, jak zapewne chętnie zrobiliby jej przeciwnicy: oto koszt, jaki musi ponieść ktoś, kto rządził bezwzględnie i cynicznie – smutna, samotna starość, rozpraszana jedynie migawkami z przeszłych tryumfów. Lecz nawet jeśli taka była intencja twórców filmu, to będzie to interpretacja bałamutna. Każdy jest tylko człowiekiem, również zawodowy polityk, i każdego dopada starość. Nie musi to mieć nic wspólnego z polityką, jaką uprawiał. Ronald Reagan także cierpiał na demencję, co nie zmienia faktu, że był politykiem wybitnym. Zresztą obraz starości Thatcher, jaki widzimy w „Żelaznej Damie”, to przecież domysły twórców filmu, w dodatku wkraczające niezwykle daleko w sferę prywatności żyjącej przecież osoby. Znacznie dalej i znacznie brutalniej niż choćby w „Królowej”.
Trudno. Niektórzy spośród widzów przedpremierowego pokazu stawiali tezę, że taki był koszt realizacji filmu o Lady Thatcher. Gdyby nie te zabiegi, uczynienie pani premier bohaterką obrazu mogłoby się okazać niemożliwe. Pokazanie całkiem wprost jej wielkości – nawet przy uwzględnieniu jej skomplikowania jako osoby – musiałoby się odbić na sprzedaży biletów. Wielu widzów zbojkotowałoby film, o którym „Guardian” mógłby napisać, że jest laurką dla byłej liderki torysów.
Trzeba przyznać, że kiedy w „Żelaznej Damie” wracamy do przeszłości, dostajemy rzetelny – choć niepełny – obraz tego, co zrobiło z niej polityka pełnej krwi i na czym polega rządzenie. A dokładnie (tu trzeba sięgnąć po angielskie określenie, które nie ma dobrego polskiego odpowiednika) – statecraft (jak zresztą zatytułowała jedną ze swoich książek sama Thatcher).
Inspiracja – polityczna aktywność ojca, Alfreda Robertsa, upatrującego źródła narodowej siły w przedsiębiorczości i zapobiegliwości Anglików. Ambicja zrobienia wyłomu w niemal wyłącznie męskim świecie brytyjskiej polityki. Długa polityczna droga w Partii Konserwatywnej, od zdobycia miejsca w Izbie Gmin, poprzez stanowisko w rządzie Heatha, aż do zwycięstwa w wyścigu o przywództwo.
Thatcher, sportretowana przez Streep, pokazuje nam – a może nie tyle pokazuje, co przypomina – na czym polega prawdziwe przywództwo. Inspiracja, wierność zasadniczym przekonaniom, twardość, patrzenie dalej niż perspektywa najbliższych wyborów.
Thatcher otaczają kusiciele w garniturach, którzy – przerażeni spadkiem poparcia na początku lat 80. – namawiają do łagodzenia linii, rezygnacji z oszczędności, szukania kompromisu. Thatcher przypomina im wtedy, że cel jest bardziej długodystansowy. Cena polityczna jest ogromna – sceny pałowania protestujących górników przez konną policję do dziś budzą ogromne emocje. Jak wielką trzeba mieć polityczną odwagę, żeby nie obawiać się podjąć takiej walki?
Gdy Argentyna napada na Falklandy, nie ma najmniejszych wątpliwości: to część brytyjskiego terytorium i trzeba jej bronić. Kiedy podczas wizyty w Londynie Caspar Weinberger próbuje namawiać do wstrzemięźliwości i zaczyna: „Każdy, kto był na wojnie…”, Thatcher przerywa: „Panie sekretarzu, ja toczę wojnę każdego dnia” (trzeba to usłyszeć w oryginale, wypowiadane przez Streep). Wojna o Falklandy to wielkie zwycięstwo i klucz do wygrania kolejnych wyborów.
Po wygranej pani premier zwraca się w Izbie Gmin do lidera laburzystowskiej opozycji: „To moment, aby zawiesić spory i czas, żeby poczuć dumę z bycia Brytyjczykiem!”. Wielu Polaków poczuje w tym momencie ostre ukłucie zazdrości. Nasze państwo od dość dawna nie daje nam żadnych powodów do dumy – wyłącznie do zażenowania.
Jeden z moich znajomych po seansie powiedział, że „Żelazna Dama” pokazuje to, czego dzisiaj naprawdę potrzebuje Europa: silnego przywództwa narodowych państw, a nie bredni w rodzaju paktu fiskalnego.
Jeśli ten film obejrzy Donald Tusk, to nie będzie się czuł komfortowo. W Lady Thatcher dostrzeże to wszystko, czego jemu brakuje: determinację, odwagę, aby myśleć w kategoriach państwa, a nie partii, dalekowzroczność, godność, wewnętrzną siłę. Nam pozostaje potraktować Żelazną Damę jako przypomnienie, czym powinno być statecraft. Smutne przypomnienie.

Pozdrawiam
Jeśli PiS i PO dotrzymają obietnicy poparcia, to Sejm przyjmie ją na posiedzeniu w przyszłym tygodniu.
Interesuje mnie jeszcze jeden aspekt, mianowicie kobiecość. W tym męskim świecie polityki Thatcher stanowiła jednak wyjątek - twardy wyjątek. Wybija się w filmie aspekt jej kobiecości i trudności związane z, hm, płcią?
Broń Boże proszę mnie tylko nie oskarżyć o feminizm, lubię kobiety :)
A, UWIELBIAM Meryl.
Pzdr
Nie sądzę.On ogląda pewnie Chaplina i jego film,jak parodiował Hitlera (tytułu nie pamiętam),albo Karierę Nikodema Dyzmy z Wilhelmim.
Ładne są sceny, kiedy wśród rzędów męskich butów widać jedne damskie pantofle, albo kiedy za drzwiami łazienki z napisem "Lady Members" w Izbie Gmin stoi rozłożona deska do prasowania z żelazkiem.
Czas kiedy rządziła był najgroźniejszym okresem w historii naszej planety. Rewolucje komunistyczne we wszystkich zakątkach świata. Obóz sowiecki uzbrojony po zęby przygotowujący się do wojny. Partie komunistyczne. Bojówki jak Czerwone Brygady i organizacje Baadera i Urlike Mainhof terroryzowały mieszkańców kontynmentu.
Efektem panowania Margaret Thatcher i Ronalda Reagana to zwycięstwo kapitalizmu i bankructwo komunizmu...
Serdecznie pozdrawiam
pozdrawiam
Czuję się uspokojona i z tym większą chęcią wybiorę się na film :)
Co jest ciekawe, względnie niedawno w "Plusie Minusie" był wywiad Mazurka z Piskorskim, który opowiadał o tym, że wraz z Tuskiem w latach 80-tych fascynowali się M.Thatcher. Co się takiego stało z Donaldinio, że porzucił swoje wzorce polityczne?
No i jeszcze jedna uwaga, na dzisiejsze realia Thatcher to "polityk XIX-wieczny" i dzisiaj w warunkach stabilizacji, kiedy nie ma już alternatywy między komunizmem/kapitalizmem, ludzie by takiego stylu bycia nie łyknęli. (Chyba że byłoby to wciąż jakieś typowo socjalistyczne państwo, jak W.B. przed rządami Thatcher)
Tusk jest dokladna odwrotnoscia Thatcher bo posiada plec meska, ale nie ma
cojones
Gdyby to nie byla obraza dla polityka sprzed 80 lat, porownac mozna Tuska do Nevilla Chamberlaina, do ktorego powiedzial Churchil przed Monachium 1938: jedzie pan aby podpisac traktat i uratowac pokoj.
Przywiezie pan hanbe i bedzie mial wojne.
(Chamberlain mial tyle meskosci, ze wycofal sie szybko z fotela premiera i oddal ja temu, ktory potrafil stawic czola nieprzyjaciolom kraju-wspolnie z sojusznikami)
Nawet recenzje filmu o niej sa przychylniejsze w Polsce.
Tak jak Brytyjczycy nie rozumieja dawnych i aktualnych niuansow polskiej polityki, tak i Polacy wierza bezkrytycznie w wizerunek UK pokazany im chociazby w tym filmie.
Poza granicami UK konkurs zachwytow nad filmem a w samym UK dyskusja nad przeklamaniami i przeinaczeniami. Anglicy zachowuja conajmniej dystans do tego filmu... ale fakt, ze zrobiono go pieknie.
Jesli trudno to Polakom zrozumiec to podam inny przyklad. Byl kiedys film o papiezu Polaku, w ktorym "zly dyktator Jaruzelski" kleczy, placze i przeprasza papieza. I tym filmem tez sie gdzieniegdzie zachwycano... ale nie w Polsce.
Lady Thatcher związkowych socjalpopulistów zmywała z asfaltu armatkami wodnymi. Nie, żeby mi się szczególnie podobały takie metody, ale to był wówczas wyraz tej siły i determinacji, za które ją podziwano i zarazem NIENAWIDZONO. Zmywawanym z asfaltu miło nie było, ale kraj się dźwignął z kryzysu. Kaczyński gdy mógł wprowadzić śmiałe i niepopularne reformy, które dziś by już procentowały, wolał szczuć własnych zastępców Ziobrą i łapać doktorków-łapówkarzy ku uciesze ciemnego ludu...
"Nie sądzę.On ogląda pewnie Chaplina i jego film,jak parodiował Hitlera (tytułu nie pamiętam),albo Karierę Nikodema Dyzmy z Wilhelmim".
He he. Gorrzej. Tusk wychowal sie na Zmiennikach. Donald to typowy taksiarz. Kapelusz na glowie i jazda z przekreconym licznikiem.
Od dłuższego czasu daje się zauważyć w pańskich wpisach, że godnie broni premiera, który coś tam wie, ale nie powie.
Pozdrawiam
Rolę Jezusa zagrał zupełnie ktoś inny (James Caviezel)
- Wszystko obróciło się w perzynę!
- Przez tych głupców!
- Tych komuchów bez jaj!
- Tych potulnych idiotów.
- Doskonałe! Tych kunktatorów.
- Kunktatorów. Sondażystów.
- Ulubieńców publiczności.
- Zbyt zajętych wyczuwaniem nastroju ulicy!
- Słabi.
- Słabi.
- Słabi...
- Wszyscy oni. Słabi.
- Mężczyźni!
No i zdanie
- Trudne decyzje mają to do siebie, że dziś cię za nie nienawidzą, ale dziękują za nie przez pokolenia.
nie wiem czy prawdziwe czy stworzone na potrzeby filmu ale trafia w sedno owego statecraft Margaret Tchatcher, o którym pisze Autor.
Nawet katolickie Radio Maryja i TV TRWAM, jest aktualnie spychane na margines, bo Tuskowi i to religijne medium nie daje spać. Tusk niczego się tak nie boi jak PRAWDY !
:)
zagłodziła kilku górników,a my musieliśmy ich dzieci przyjmować na kolonie,nie pamiętam czy nie wysyłalśmy paczek pomocowych
no i pośreniednio przyczyniła się do rozłożenia naszej gospodarki
byliśmy w 10-tce
nie to co dziś
I, przy okazji, jeszcze ile krajów świata reglamentowało wówczas ( (tj. w latach, gdy bylismy w 10-ce) wydzielając żałosne minima egzystencjalne (kartki i inne "zapisy") na wszystko, co się tylko dało.
Najwybitniejszego przyjaciela prywatnych bankow, chcial Pan powiedziec. Chyba, ze za burdel jaki sie toczy nie odpowiadaja decyzje Thatcher i Reagan ale zly Tusk i zachlanni Grecy?
ROTFL :-) Lehman Brothers, Bear Stearns... kojarzy Pan cos, czy nie za bardzo? Fajne zwyciestwo.
- Pewnie chciałaby by Pani zostać szefowa Banku?
- Co za wspaniały pomysł!.. Tak, myślałam o tym...
znakomite, naprawdę, i ta tonacja głosu.
Inna sprawa, ze nasz Donek jest lepszy od MT bo zadeklarowal nasz wklad w MFW za Belke. No ale to z pewnoscia bezwiednie ;)
Tak na serio to chłopcu z Kaszub brakuje do charyzmy MT jak do umiejętności piłkarskich Messi'ego. Wybrałem przykład, by zostać zrozumianym. ;)
I jeszcze jedno - MT nie jest lubiana w UK, fakt. Ale czyż nie jest to podobne do naszego 'Balcerowicz musi odejść!'.
pzdrw
såså
tak ,tak, byliśmy 10 gospodarką świata
tak pisali przynajmniej o tym w TR ,Polityce w telewizorni też mówili ,to były czasy gierkowskie
ta Pani zaczęła a Regan dokończył,oni byli w zmowie
wstrętne typy i tyle
i komu to przeszkadzało?
kto za tym stał?
niech kolega obejrzy sie obecnie wokół ,to co mówią w telewizorni szczególnie jednej i piszą w Gazecie tak tej gazecie ,to ci jest najprawdziwsza prawda
Po drugie: Meryl jest genialną aktorką i jej poglądy nie mają na to wpływu.
Po trzecie: z Gibsonem bym uważała, bo Pasję nakręcił ale żonę to lał.
Po czwarte: chyba będę żałować, że wdałam się w polemikę.
http://www.panstwo.net/511-donald-tusk-czyli-pan-nikt
Zaproponowałem mu szybkie zwołanie konferencji prasowej w celu przypomnienia, że podczas grudniowych obrad Komisji Kultury i Środków Przekazu m.in. posłowie PO zasugerowali ten właśnie termin, tuż po 8. rocznicy śmierci (11 lutego) „pierwszego polskiego oficera w NATO”.
Czyżby w Platformie nastąpiła jakaś zmiana i oczywista sprawa oddania należnego hołdu jednemu z największych bohaterów drugiej połowy XX wieku miała nagle stać się polityczna, choć wcale taką nie jest?
Przeczytałem Pański artykuł (pod tytułem umieszczonym w nagłówku komentarza). W związku z tym chciałem się z Panem podzielić spostrzeżeniem, które z pewnością Pana zainteresuje.
Dnia 5 lutego 2010 roku, czyli dokładnie dwa lata i jeden dzień przed debatą z Internautami w sprawie ACTA odbyła się debata Donalda T. z zaproszonymi przedstawicielami organizacji pozarządowych, internautami i osobami prowadzącymi blogi. Miała ona, dokładnie tak samo jak debata z 6 lutego 2012 rozwiać obawy dokładnie tych samych środowisk dotyczące dokładnie tego samego problemu: wprowadzonych pospiesznie, w tajemnicy i bez żadnych realnych konsultacji zmian w aktach prawnych mogących skutkować cenzurą internetu. Wówczas zmiany te były zawarte w ustawie "hazardowej", obecnie są zawarte w umowie międzynarodowej ACTA.
Napisałem na ten temat dwa artykuły:
http://peacemaker.salon24.pl/392844,wydymani-przez-tuska
http://peacemaker.salon24.pl/388924,debata-o-acta-deja-vu-czy-upokarzajace-giga-klamstwo-tuska
Ale ja jestem tylko blogerem - amatorem. Pan jest zawodowym publicystą i ma pan szansę być pierwszym, który w prasie poruszy ten temat.
Napisał Pan w podsumowaniu swojego artykułu:
"Owszem, wyborcy mają słabą pamięć, ale nie należy zakładać, że sięga ona zaledwie tydzień wstecz. Zwłaszcza w przypadku internautów, którzy są zaprawieni w przeszukiwaniu archiwów."
Ja już przeszukiwanie archiwów wykonałem. Teraz mocno wierzę w to, że Pan zrobi, co do Pana należy, aby przywrócić wyborcom pamięć.
Oczywiście wyrażam zgodę na wykorzystanie treści moich artykułów, zawartych w nich linków i cytatów, oraz moich osobistych wniosków i przemyśleń.
POWODZENIA!!!
Kiepski ten nasz gospodarz, wziął rozwaloną oborę, zdychające krowy i nic mu nie wychodzi.
To może my coś z tym zrobimy?
A bo to warto!
To o co ci właściwie chodzi?
Z przyjemnością popatrzę jak mu ta obora na łeb się zawali i krowy wyzdychają. (i dodaje szeptem - wtedy napewno da się coś ukraść)
Serdeczne pozdrowienia dla prawdziwych "POLAKÓW Z NARODOWYM CHARAKTEREM"