Ciekawy tekst Sławoja Żiżka [dzięki KP]. Żiżek odnosząc się w nim do niedawnego wypędzenia Romów z Francji, ładnie pokazuje sprzeczności tkwiące w myśleniu postępowych liberałów z Zachodu. Z jednej strony oburzają się oni na wszelkie przejawy rasizmu i nietolerancji, ale gdy tylko sami muszą coś poświęcić w związku z obecnością imigrantów z niezadowoleniem mlaskają myśląc: no nie, tutaj poszliście za daleko. "Inni są OK, szanuję ich [...], ale nie mam zamiaru słuchać głośnego rapu."
Trochę dopowiadając Żiżka można stwierdzić, że liberałowie jakościowo nie różnią się od skrajniej prawicy. Prawicowi faszyści nie chcą pogodzić się z widokiem kolorowych twarzy na ulicy, a lewicowi liberałowie nie zgadzają się, aby ojciec muzłumańskiej rodziny decydował za kogo ma wyjść jego córka. Różnica nie polega jednak na tym, że liberałowie są w stanie iść na większy kompromis z imigrantami. W ogóle o żadnym kompromisie nie ma mowy. Liberałowie po prostu mają taki system wartości, który daje imigrantom więcej wolności, ale nie znaczy to, że zachodnia lewica obyczajowa w jakikolwiek sposób musi nagiąć swoje przekonania. Ani lewica, ani prawica przez wzgląd na imigrantów nie zmienia swojej ideologii. Idzie tylko o to, że ideologia prawicowa 'z natury' jest mniej przyjazna dla przybyszów z obcych krain.
Myślę o słynnej zasadzie: twoja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna moją. To w zasadzie jest motto opisywanych przeż Żiżka liberałów. Wyznając takie hasło są w stanie ocenić, kiedy zachowania imigrantów są 'złe', a kiedy dopuszczalne. Problem z taką zasadą jest taki, że nie bardzo wiadomo kto ma oceniać, kiedy jego wolność się rzeczywiście kończy. Dlaczego rasista nie może powiedzieć, że on akurat chce być wolny od ciągłego mijania murzynów na ulicach jego rodzinnego miasta? Wspomniana zasada zakłada, że dwie wolności nigdy się ze sobą nie skrzyżują. Niestety, często bywa inaczej.
Ale wracając do tekstu Żiżka. Żiżek diagnozując stosunek oświeconej elity zachodu do imigrantów stwierdza, że dąży ona do obdarcia innego z jego inności. Można by rzec: inni są ok, dopóki nie są za bardzo inni. Podobnie dzieje się ze wszystkim - twierdzi Żiżek - co moze sprawiać jakiekolwiek niebezpieczeństwo. I tak mamy kawę bez kofeiny, piwo bez alkoholu, wojnę bez działań wojenny i politykę bez sporu politycznego.
Spostrzeżenia Żiżka wydają się być słuszne. Ucieczka zachodnich społeczeństw od wszystkiego, co może stawiać jakikolwiek opór, jakąkolwiek trudność jest łatwa do zaobserwowania. Ów trend łatwo zrozumieć. Na najbardziej banalnym poziomie można powiedzieć: każdy woli, żeby było łatwiej, a nie trudniej.
Max Scheler twierdził, ze przedmiot pojawia się tam, gdzie podmiot napotyka na opór. Tam, gdzie opór znika znikają również przedmioty. Współczesny człowiek wytworzył mechanizmy, które w wielu przypadkach potrafią znacząco zmniejszyć opór rzeczywistości. Konsekwencją tego faktu jest to, że nasz świat jest znacznie uboższy niż świat ludzi dawniejszych.
Co stawia człowiekowi największy możliwy opór? Jasne, że drugi człowiek. I właśnie w tym przypadku najlepiej widać, jak silny we współczesnych społeczeństwach jest trend do zapobiegania wszelkim możliwym dyskomfrotom. Weźmy supermarkety. Jedną z ich zalet jest to, że prawie w ogóle nie trzeba się tam komunikować z obsługą. W małym sklepie szanse, że sprzedawca będzie nas zaczepiał, że będzie próbował nawiązać z nami kontakt są dużo większe niż w sklepach wielkopowierzchniowych. Nie mówiąc już o tym, że sprzedawca z małego sklepiku może nas zapamiętać. Może starać się utrzymywać z nami jaką znajomość, którą potem trzeba będzie pielęgnować. Straszne. Supermarkety zapewniają anonimowość. Nie zmuszają do różnych interakcji, na które nie mamy w danej chwili ochoty. Całkowicie genialnym urządzeniem są kasy samoobsługowe. Przecież dotychczas w wielkiej beczce miodu zakupów w supermarketach zawsze była łyżka dziegciu - kasa a w niej kasjerka, której przynajmniej należało powiedzieć 'dzień dobry'. Ale koniec z tym. Już niedługo wszędzie będą stały kasy samoobsługowe, które uchronią każdego od nieprzyjemności kontaktu z nieznajomym. W taki to sposób różnorakie urządzenia nie tylko chronią nas przed wysiłkiem fizycznym, ale również przed wysiłkiem psychicznym, którym niewątpliwie mogą być różnego rodzaju aktywności społeczne. Piszę to bez zbędnej ironii - tak po prostu jest.
Zatem żyjemy w świecie, w którym sytuacje, w których należy podjąć jakikolwiek wysiłek są starannie zażegnywane. Czy to źle? Otóż tak. Jak już pisałem - rzeczywistość pojawia się tam, gdzie napotykamy na opór. Bez oporu nie ma świata. Można by powiedzieć, że nasz świat dąży do tego, by być jedną wielką deprywacyjną bańką, w której jakiekolwiek negatywne bodźce są nieobecne. Przedmioty, które utrudniają nam życie są neutralizowane przez ułatwiacze. Inni ludzie, którzy mogą czegokolwiek od nas wymagać są odsuwani jak najdalej. Prowadzi to do tego, że współczesny podmiot nie jest już otoczony ani prawdziwymi przedmiotami, ani innymi ludźmi. Drugi człowiek - podobnie jak przedmiot - musi wytwarzać jakiś opór. Współczesna doraźność kontaktów międzyludzkich, łatwość ich zrywania prowadzi do tego, że w ogóle przestajemy być otoczeni przez Innych. Obecnie Inni to jedynie dostarczyciele przyjemnych bodźców. Gdy przestają spełniać tą funkcję zastępuję się ich kolejnymi dostarczycielami. Jak śpiewała Beyonce "I can have another you in a minute' - i jak się zdaje nie są to czcze zapewnienia.
Do czego zmierzam? Nie tylko Inny jest obecnie - jak chce Żiżek - zdekofeinowanym innym. Również podmiot, pozbawiając wszystkiego dookoła negatywnych cech, zdekofeinował sam siebie. Podmiot nie może istnieć w pustce - bez przedmiotów i innych podmiotów. A jednak powoli do tego dąży. Skutkiem tego jest degenracja podmiotu.
Żiżek pisze o tym, że współczesne społeczeństwa zarządzane są strachem, bo tylko strach może być jeszcze pobudzający - jasne, gdy ma się już wszystko, to wszystko przestaje podniecać. Ale skąd strach? Żiżek nie mówi, choć zdaje się sugerować, że jest on po prostu wywoływany przez rządzących. Nie zgadzam się. Strach jest wpisany w naturę współczesnego podmiotu. Jeżeli rzeczywiście żyjemy w świecie deprywacyjnym, pozbawionym bodźców, to nasza psychika musi reagować tak, jak reaguje się na sytuację dyprywacyjną - czyli niepokojem, strachem, a nawet psychozą. Mózg pozbawiony doznań, sam zaczyna doznania generować. Zatem strach nie jest wywoływany przez rządzących, ale co najwyżej odpowiednio nakierowywany.
Jakie są wnioski? Nie jestem naiwny i nikogo nie będę namawiał do odłączenia elektryczności, postawienia wychodka na zewnątrz i tym podobnych posunięć. Zresztą, neutralizacja niedogdności fizycznych jest daleko mniej posunięta od neutralizacji niedogodności psychicznych. Ciągle jeszcze czasem musimy chodzić, coś nosić, itd itd. Problemem są coraz większe ułatwienia na polu stosunków międzyludzkich. "Those are the real motherfuckers". Należy więc przestać iść na łatwiznę. Nie ograniczać kontaktów, bo czasem mogą być niewygodne, ale je pielęgnować. Nawe te z dziwnym sąsiadem, czy z panią ze sklepu spożywczego. Dzięki temu będziemy zdrowsi.
[no to pojechałem]


Czy bardziej Plaformersi boja sie teraz JK i Pisu ,po licznych komentarzach w zaprzyjaznionych mediach gdzie kaczysnki jak przedtswiany jako wariat idacy na rewlucje antystemowa ,grozny i nieobliczalny . Chyba tez.
gdy piszę: 'wysocy koszykarze', nie znaczy, że każdy koszykarz jest wysoki
rzeczywiście strach można powiększać, ale musi chyba paść na dobry grunt
tzn. nie wiem, czy można łatwo wywołać sztuczny strach u kogoś, kto ma w miarę dobry kontakt z rzeczywisością
z drugiej strony jeżeli w gazetach ciągle piszą, że codziennie ktoś kogoś morduje i ktoś normalny czyta ciągle takie gazety, to chyba w końcu przestanie być normalny i zacznie się bać
choć można jeszcze powiedzieć tak: dlaczego nas straszą? gdybyśmy nie czuli potrzeby strachu, to gazety, które straszą nie miałyby wzięcia...
Pozdrawiam
przecież początek tekstu jasno wskazuje na pewną symetrię wobec imigrantów u prawicowców i oświeconych lewicowców
pozdrawim
Czesto faszysta to synomim wloskiego faszysty, niemieckego nazisty, hiszpanskiego frankisty czy zwolenik rezimu Salazara.
Faszystami nazywano tez polskie zaplute karly reakcji.
Uzywajac takich pojec trudno o rzeczowa dyskusje. Mozemy najwyzej powymieniac sie bon-motami, albo jak politycy oswiadczyc, ze openent to wariat, zdrajca i swina.
Pozdrawiam
W ogóle nie uważam za interesującą kwestii tego, czy faszyzm jest lewicowy, czy prawicowy. Jak zwał, tak zwał. Generalnie utarło się już, że ludzi, dla których głównym warunkiem pełnoprawnego uczestnictwa w społeczeństwie jest narodowość kojarzy się z prawicą. I dlatego właśnie pisałem o prawicowych faszystach.
Tyle że nie powiedziałbym nawet, że jest to poboczny temat mojego tekstu. To w ogóle nie jest temat tego tekstu.
Pan pisze o dyskusji. Ale o czym chciałby Pan dyskutować? O tym, czy faszyzm - jakkolwiek rozumiany - jest lewicowy? Jeśli Panu zależy proszę tak mówić. Nie ma problemu.
pozdrawiam
Może współczesne techniki zarządzania i liberalnej kontroli mają zabic w nas ten atawizm społeczny, który pozwolił w przeszłości naszym przodkom organizować krucjaty, heretyckie sekty, masońskie loże, szlacheckie konfederacje oraz inne grupy oporu, samoorganizacji społecznej i wspólnego działania (niezaleznie od ich konsekwencji czy ideowego oblicza).
Tekst bardzo dobrze trafia w centralny punkt wspólczesnego Systemu - ten meczący, powtarzany niczym mantra liberalny frazes o modernizacji, normalności, za którym pojawiają się subtelne metody manipulacji, kontroli i trzymania za mordę itp. Znamy to doskonale.
Główny punkt to oczywiście spacyfikowanie tradycyjnych, naturalnych grup, wspólnot, tradycyjnej moralności i zwiazanych z nia stylów życia. Wiadomo w czym rzecz. Chłop z mazowieckiej wsi, ubezpieczony w Krusie (!), żyjący bez tych wszystkich elementów, które budują naszą codzienność, blokujący drogi i rozsypujący ziarno, albo śląska rodzina górnicza, gdzie mąż pracuje i zarabia na utrzymanie domu są poważnym zagrożeniem dla Systemu. A pielgrzymki do częstochowy są w kontrze do seks - turystów, którzy odwiedzają azjatyckie kurorty. Trochę wyostrzam kontury, żeby pokazać sam mechanizm.
Ten drugi poziom to rzeczywistość, która jest naszą rzeczywistością, przynalezymu do niej z racji urodzenia i dorastania w swiecie liberalnie zmodernizowanym. Całe szczęscie możemy tworzyć swobodnie i autonomicznie nasze otoczenie, zakładac stowarzyszenia, komitety, nieformalne grupy i nikt nas nie bije kolbą karabinu ani nie każe składać samokrytyki. Drugą stroną jest jednak postepujący tryumf strategii indywidualistycznych w życiu społecznym, w sensie nkikt mnie nie bije po twarzy, ale w sytuacji życiowych trudności niewiele osób przyjdzie mi z pomocą. I ta mantra - możecie swobodnie zakładać partie, zwiazki zawodowe, zmieniać pracę, wyjeżdzać, podróżować, nikt wam niczego nie zabrania.
Można o tym pisać i pisać...
Ale czy indywidualizm jako autonomiczna możność osiągania szczęścia nie jest współcześnie fikcją? ( Autonomia w samorealizacji i życiu po swojemu podlegają subtelnym, ale jednak ograniczeniom (o tym mowi chyba teoria biopolityki, tak?). Musisz spedzać czas w odpowiedni sposób, musisz miec białe zęby i ładnie pachnieć, musisz być cool, nie możesz zapomniec o depilacji, naciąganiu skóry i wstrzykiwaniu czegos tam, nie możesz upaść, nie możesz Nas niezadowolić...
W dawnych dobrych czasach ograniczenia nakładane na jednostkę, głównie przez władzę religijną miały swoje pewne uzasadnienia społeczne, cywilizacyjne i dawały w zamian swoiste poczucie bezpieczeństwa duchowego. Dzisaj też istnieje Autorytet i Hierarchia, ale "Pana od kształtowania trendów" oraz "Pani od masowych gustów". A o żadnym zbawieniu nawet się nie wspomina, chodzi tylko o dobrobyt pewnej (stosunkowo wąskiej) grupy i ochłapy konsumpcyjne dla plebsu.
Poleciałem swiadomie i prowokacyjnie dość reakcyjnie :))
Aldous Huxley, Nowy wspaniały świat
cytat z Huxleya świetny, czuje się podobnie
dopiszę coś jeszcze wieczorem
pzdr
można powiedzieć, że nikt nikomu nie zabrania jeść nie w fastfoodach, a jednak są ludzie, którzy jedzą tylko tam i potem zostają grubymi amerykanami
nie sądzę, że ludzie bez nakazów nie będą wytwarzać więzi społeczne, zauważam tylko, że to co się dzieje znacząco ułatwia niszczenie tych więzi
mi się wydaje, że Łukasz ma rację pisząc:
"W dawnych dobrych czasach ograniczenia nakładane na jednostkę, głównie przez władzę religijną miały swoje pewne uzasadnienia społeczne, cywilizacyjne i dawały w zamian swoiste poczucie bezpieczeństwa duchowego. Dzisaj też istnieje Autorytet i Hierarchia, ale "Pana od kształtowania trendów" oraz "Pani od masowych gustów"."
idzie o to, że teraz również istnieją ośrodki wpływu, które mogą być opresywne, tyle że ośrodki te po pierwsze wpływają na ludzi tylko i wyłącznie we własnym interesie [łatwo wyobrazić sobie biskupa, który nakazuje coś bo sądzi, że tak będzie lepiej, ale trudno pomyśleć o marketingowcu, który każe ludziom kupić ubranie danej marki w trosce o ich dobro], a po drugie ich wpływ jest niejasny i niebezpośredni - co tylko sprzyja poczuciu odrealnienia
i na koniec: nie nawołuję do powrotu do starych dobrych czasów, idzie tylko o to, by zdrowo żyć w naszych czasach
Mi chodzi o coś takiego: jeśli piszemy na zasadzie "kiedyś to było spoko i autentycznie i ok, a teraz to się porobiło źle", to tym samym tracimy z oczu to, co stanowi o sile systemu: to, że daje on ludziom nadzieję na autentyczną emancypację i uwolnienie się od przemocy symbolicznej małych, przymusowych grup. Tak na poziomie życiowym to jest tak, że chyba jednak więcej ludzi ucieka z prowincji do korporacji, niż wraca z korporacji do prowinicji. I dopóki nie zrozumiemy, co jaki impuls kieruje ludźmi w tej pierwszej sytuacji, to rozumiemy niewiele.
No, ale co ja tam wiem, w końcu jestem kolesiem, który czytał Huxeleya z refleksją "w sumie spoko" :).
co do nadziei na emancypację, to ona oczywiście jest i w zasadzie jest w pewnej mierze zasadna
ja bym jednak pytał o to, czy rzeczywiście trzeba się aż tak emancypować
to znaczy: czy - nawet nie mając świadomości tego, że uwalniając się od pewnego rodzaju przemocy popadamy pod inny, bardziej wyrafinowany - rzeczywiście warto się z wszystkiego uwalniać?
bo wg mnie odpowiedź na Twoje pytanie jest prosta: o sile systemu stanowi to, że obiecuje on [i często nie bez pokrycia] łatwiejsze życie
może warto zacząć pokazywać, że 'łatwiejsze życie' nie jest wcale takie spoko
Jasne, że są sytuacje, gdy strach bierze górę, bo uczestniczę w jakimś zdarzeniu i wtedy nie ma czasu na racjonalność i prawidłowe myślenie.
Jednak, gdy człowiek jest w miarę dobrze psychicznie "ustawiony" do strachu może go minimalizować i nie dać sobą manipulować.
Pozdrawiam
:)
pozdrawiam