7 lipca Anno Domini 1841 w cytadeli strzegącej spokoju  Варшавскoи Губернии, od ognia podłożonego ręką własną, zgorzał 20-letni  Karol Levittoux.

 Coraz to z ciebie, jako z drzazgi smolnej,

Wokoło lecą szmaty zapalone;

Gorejąc, nie wiesz, czy stawasz się wolny,

Czy to co twoje, ma być zatracone?

Czy popiół tylko zostanie i zamęt,

Co idzie w przepaść z burzą - czy zostanie

Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament,

Wiekuistego zwycięstwa zaranie!

Tymi słowy wydarzenie skomentował wstrząśnięty Cyprian Kamil Norwid.

Bo śmierć w płomieniach, zadana własną ręką nie jest zwykłym samobójstwem. Nie jest banalnym w swej powszedniości łyknięciem dwóch fiolek pigułek antydepresyjnych we własnej łazience. Jest, skierowanym do nas wszystkich, rozpaczliwym krzykiem beznadziei i bezsilności.

Po Ryszardzie Siwcu, pozornie niczym nie wyróżniającym się księgowym z Przemyśla, tym który podpalił się na stadionie X- lecia, pozostało przepełnione bólem wołanie: usłyszcie mój krzyk !

I tylko od nas zależy, czy słyszymy ten krzyk, czy dla świętego spokoju, interesu lub ze strachu zatykamy sobie uszy...