Państwo, przy użyciu ukrytej kamery nagrali nianię w czasie pracy. Po tym co obejrzeli zażądali natychmiastowych zmian.
A oto, co zobaczyli państwo na nagraniu.
8:00 – niania budzi dwuipółletnią córeczkę państwa - Dusię. Dusia chce się bawić, teraz, zaraz i boso. Niania jednak proponuje odmienną kolejność – najpierw ubranko, potem śniadanko, a potem zabawa. Po krótkich negocjacjach Dusia przystaje na propozycję.
8:30 – na śniadanie Dusia życzy sobie czekoladę. Znowu krótkie negocjacje i jednak na pierwszy ogień idzie twarożek i plasterek szynki, a czekolada na deser.
9:30 - Pogoda piękna, więc niania proponuje spacerek. Dusia przystaje, a jakże. Ale czapeczki nie założy. Sweterka też nie. Nania stawia ultimatum – czapeczka musi być, inaczej nici ze spaceru.
No dobrze. Czapeczka ląduje na głowie, dalej nagranie pokazuje pusty dom, ale luka w wydarzeniach, jak się okazuje, została uzupełniona zeznaniami świadka w postaci zaprzyjaźnionej sąsiadki - mamusi mającej podobną trasę spacerową.
Otóż niania nie pozwala Dusi swobodnie biegać po chodniku na ulicy. Trzyma dziecko za rękę i nie pozwala zbliżać się do jezdni. Reaguje ostrym tonem, gdy mała podbiega do krawężnika. Na placu zabaw nie pozwala jej wchodzić na wszelkie dostępne przyrządy, ani na zjeżdżalnię (opatrzoną napisem „Dla dzieci powyżej 5 lat” - ale o tym świadek-mamusia zapomina powiedzieć).
11:30 – nagranie ożyło, niania rozbiera Dusię, zabraniając jej wejść w brudnych od piachu bucikach do pokoju. Buciki zdjęte, Dusia zadowolona, czas szykować obiad.
Niania nie pozwala Dusi biegać w pobliżu kuchenki i bawić się szklanym kubkiem i widelcem. W zamian niania daje dziecku drewnianą łyżkę i metalową pokrywkę i sadza na stołeczku oddalonym od kuchenki.
Dusia zamiast obiadu wolałaby ciastko. Godzi się jednak zjeść najpierw zupę i pulpeta, a ciastko potem.
13:00 – Dusia zostaje położone w łóżeczku. Zasypia. Po pół godzinie, gdy mała jak co dzień smacznie śpi, niania - o zgrozo! – wychodzi na balkon i PALI PAPIEROSA! Trwa to pięć minut. Dalej niania czyta sobie (!) kolorowe czasopisma, których u państwa w bród .
O 14:30 dziecko się budzi, co niania doskonale słyszy, zanim dziecko zdążyło ją zawołać, bo w domu cisza jak makiem zasiał.
Około piętnastej następuje drobny podwieczorek, tym razem bez negocjacji, a teraz zabawa. Dusia koniecznie chce bawić się we wspinaczkę po regale. Niania sugestywnie opowiada co się może stać: „ruuum, bruuum, traaach”, zatem nie wolno, bo będzie bolało. Dusia wobec takiego postawienia sprawy godzi się na klocki, samochodziki i zabawę w karmienie misia.
Zbliża się 16:30 I tak dzień pracy dobiega końca.
Następnego dnia państwo przedstawili wykaz żalów i pretensji. Niania stawia dziecku nieuzasadnione bariery rozwojowe. Chce dziecko jeść czekoladę i ganiać w piżamie do południa, niech je i gania. Dlaczego niania ogranicza dziecku swobodę na spacerze? dziecko powinno swobodnie biegać i szaleć, a niania ma uważać, aby mu się nic nie stało. Dlaczego niania zmusza dziecko do zdejmowania bucików, jak ono nie chce? Jak dziecko nabrudzi brudnymi butami, to niania ma posprzątać Dziecko ma się bawić jak chce i czym chce, bo to rozwija jego wyobraźnię. No i zgroza - niania WYSZŁA NA BALKON na papierosa i czytała sobie prasę, zamiast siedzieć przy śpiącym dziecku, które w tym czasie mogło się udusić, czy coś. Do tego niania wywołuje w dziecku negatywne emocje, poprzez straszenie dziecka walącym się regałem. Niania musi wprowadzić niezwłocznie zmiany w swoim postępowaniu!
Niania się na zmiany nie zgodziła i poszła precz. Nie chciała brać udziału w wychowywaniu psychopaty.
Coraz trudniej o dobrą nianię, co za czasy….
Mila Nowacka
Opublikowane także na latte24
PS. Opisana historia jest prawdziwa.

Niania stawia dziecku nieuzasadnione bariery rozwojowe.
Dobrze, że w odwecie za donos, tej drugiej mamy-szpiega nie skopała po rękach zasłaniających twarz...
Nic ująć. Za to dodać:
"Niania również nie chciała dać się zdominować dorosłym psychopatom."
I TAK TRZYMAĆ! - oznajmia pedagog! :)
Chodzi o ten właściwy chów psychopatów.
tych obrzydliwych naturalnych i tradycyjnych, by nie powiedziec konserwatywnych metod i wzorcow.
a opisywana rodzina to tradycyjna czy postepowa byla ?
dziecka zal - ale prosze zachowac jezyk tolerancji i poprawnosci: to nie bedzie psychopata (czy socjopata) ale czlowieka wyzwolona i postepowa (dziewczynka).
Eeee... nie rozpaczajmy nadmiernie. Rozpuszczą dzieciaka, poślą do przedszkola, potem do szkoły, zacznie tam po regałach latać, to prędko wychowawcy skierują do pedagoga i psychologa. I jeszcze za rodziców specjaliści się wezmą przy okazji. Co się odwlecze to nie uciecze. ;)
W tym przypadku nie było już pewnie zastosowania dla słów OJCIEC i MATKA . Tylko - rodzic A i rodzic B.
Ciekawość, co na to wszystko dziadkowie tego dziecięcia ?
Czy wracają pamięcią do cięzkich czasów i legalnej aborcji ?
Nie mam tu na myśli, jasna rzecz, abortu wnusi.
Pozdrawiam.
Ani taka, ani taka, tylko wypaczona!
Myli pojęcie dostosowania społecznego z jakimiś barierami rozwojowymi!
Drogi rozwoju nie mają nic wspólnego z lataniem po domu w piżamie i jedzeniem czekolady na śniadanie! A i korzystanie z urządzeń na placu zabaw nie dostosowanych do wieku też nie ma nic wspólnego z rozwojem!
"to nie bedzie psychopata (czy socjopata) ale czlowieka wyzwolona i postepowa (dziewczynka)."
To będzie istota NIEDOSTOSOWANA SPOŁECZNIE! A jakiego postępu dokonasz nie potrafiąc współpracować ze społeczeństwem, odrzucając wszelkie jego normy? Chyba tylko postępu we własnej degradacji.
Ci degradujący się na ogół często czują się wyzwoleni. Do czasu.
Ale kontrolę z czyjego ramienia? Psychologów wyższej instancji, kuratorium, czy prokuratury?
Nasyłać sobie mogą. Ale jak ewidentnie mają bezpodstawne roszczenia, to prędzej czy później zostaną odprawieni z kwitkiem... tzn. ze skierowaniem do psychologa :D.
"niektorzy postepowcy sa baaaardzo konsekwentni"
Ale weź tych postępowców w cudzysłów, bo rozmawiamy przecież o ludziach wypaczonych a nie postępowych. :)
Pozdrawiam
z moich obserwacji moge powiedziec jak to sie konczy: robi sie bardzo nieprzyjemna sytuacja w spolecznosci klasy, natomiast "postepowi" zmieniaja szkole na kolejna, gdzie tez po pewnym czasie robi sie nieprzyjemnie. i tak kilka razy az trafia na szkole "specjalna" (prywatna dostosowana do kaprysow rodzicow ale paczaca dziecko dalej). najwieksza niespodzianka jest na koncu - gdy okazuje sie ze te zwichniete "postepowe" dzieci nie potrafia znalezc sie w normalnym otoczeniu. i jest tak jak Pan pisze: albo jest uczenie sie zycia od poczatku albo degrengolada postepuje, szczegolnie gdy trafia w mikrosrodowisko takich samych zwichnietych osobnikow.
Cóż, sądząc po przykładach rodem z życia nauczyciele są zbyt zajęci nauczaniem (zwłaszcza w gimnazjum), żeby zajmować się wychowywaniem. Owszem - nada do psychologa, pedagoga, ten wezwie tatusia/mamusię, a w domu rodzic skwituje całą akcję "jaka to głupia baba/facet". No bo jego dzieciątko przemądre i umiłowane ukrzywdować błędną a złą oceną chciało.
Tacy rodzice często budzą się dopiero na sali sądu rodzinnego, jak małoletni jest oskarżony o ćpanie, czy pobicie.
A zaczyna się zawsze od tego samego - od nadmiaru swobody, co dla dziecka równa się brak zainteresowania!
Jjak dziecko może czuć się bezpiecznie przy rodzicach, którzy pozwalają mu na ryzykowanie własnym życiem?
No oczywiście - że ma się prawidłowo opiekować dzieckiem, a ze ma dziewczyna świetne referencje....
Dorzucę jeszcze ze swej strony analizę rażących błędów wychowawczych tych rodziców.
1. Jeśli dziecko może ganiać w butach po domu a niania ma sprzątać - jest to absolutna antyteza rozwijania w dziecku empatii. Wszak sprzątanie jest wysiłkiem fizycznym i ciężką pracą, do których trzeba mieć SZACUNEK. Wiadomo, że w życiu nie unikniemy tego wysiłku, ale jeśli można go komuś zaoszczędzić to jest to jak najbardziej wskazane. Latanie po domu w butach doprowadza do NADMIERNEJ eksploatacji sił człowieka w formie konieczności częstego sprzątania.
Jak wiadomo psychopata ma tak uformowany genetycznie mózg, że jest niezdolny do empatii. Zatem wychowywanie dziecka w ten sposób, nawet jeśli nie ma ono defektu mózgu, ukształtuje w nim osobowość z cechami psychopatycznymi.
2. Pozwolenie dziecku na nadmierną swobodę w ruchu na ulicy, na placu zabaw ze sprzętami wykraczającymi poza normę wiekową dziecka, jest uczeniem patologicznego RYZYKANCTWA. A dziecko niedojrzałe do radzenia sobie w sytuacjach dla niego zbyt trudnych - szybko może nabawić się traumy. (Np. upadek ze zbyt wysokiej drabinki, czy nagłe pojawienie się samochodu z dużą prędkością i włączenie klaksonu).
3. Siedzenie przy śpiącym, zdrowym dziecku, jeśli nie ma ono zdiagnozowanych schorzeń somatycznych zagrażających jego zdrowiu czy życiu podczas snu (bezdech neurologiczny, problemy gastrologiczne dające np. refluks, czyli ulewanie się treści pokarmowych do przełyku, itp), jest NADOPIEKUŃCZOŚCIĄ spowodowaną nieuzasadnionym, patologicznym LĘKIEM.
4. Dziecko, tym bardziej małe nie może bawić się czym chce, gdyż nie uświadamia sobie działania wielu przedmiotów i nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji nie radzenia sobie z tymi działaniami. Uświadamianie dziecku konsekwencji działania przedmiotów (przewrócenie się regału), jeśli nie jest naszpikowane przesadnym ładunkiem emocjonalnym opiekuna - nie wyzwoli negatywnych emocji, lecz pożądane. Nawet jeśli nie są one zbyt przyjemne, bo prowadzą do rozczarowania.
Do rozwijania wyobraźni dziecka jest szereg pomocy dydaktycznych i form zabaw dostosowanych do wieku.
5. No a już te jedzenie czekolady na śniadanie i ganianie do południa w piżamie to taka SAMOWOLKA, że niechybnie przystosowujemy obywatela do wolnego zawodu w przyszłości. Tylko czy znajdzie się wolny zawód dla zadatków i predyspozycji intelektualnych tego dziecka? Bo nie każdy może być przecież malarzem i z tego się utrzymać.
Nie wspominając już o nawykach zdrowego żywienia. Tak, tak. Od razu od najmłodszych lat doprowadzić dziecko do stanu nadkwasoty żołądkowej (cukier i słodycze pobudzają wydzielanie kwasów) i niech się męczy z wrzodami żołądka już w przedszkolu.
Yhhh...!
Jak widać rodzice jak najbardziej potrzebujący konsultacji z pedagogiem, a nawet z psychologiem!
Ale wlasnie tutaj nastapil glowny konflikt.
No wiem, wiem i nic na to nie poradzimy. Możemy tylko nauczyć sobie radzić z takimi postawami. Obalić wiedzą, przykładami z doświadczenia błędne zarzuty tych rodziców i być z siebie zadowolonym, że się ich "zagięło" mówiąc kolokwialnie. I od razu odpadnie uczucie doznanej przykrości względem siebie. A że przykro, że rodzice sobie nie radzą sami ze sobą to już inna para kaloszy. :)
Nie przeczę, że i środowiska szkolne bywają patologiczne i trzeba po prostu szkołę zmienić.
No co do reszty Pana wpisu - no też nic dodać nic ująć. No taką mamy różnorodność na świecie i świata nie zmienimy. Możemy tylko nauczyć się z tym wszystkim radzić sobie, żeby nie wykończyć się nerwowo. ;)
Dawno temu byłam zawodowcem w dziedzinie (zmieniłam zawód jakieś 15 lat temu).
I proszę sobie wyobrazić, ze spotkałam się z... sześciolatkiem (sic!), który już wykazywał cechy psychopatyczne. Dzieci co prawda nie bił, ale tylko dlatego, że pilnowałyśmy natomiast potrafił się zamachnąć na którąś z nas - terapeutek.
Nie potrafił w ogóle opanować emocji, miał rozbiegany wzrok i na okrągło byl wściekły.
Powód? Zakochana w nim po uszy mamusia, która przejawiała zachwyt nad każda czynnością przez niego wykonaną, łącznie z kupą zrobioną na tort w obecności gości na jego 5 urodzinach. W ramach swobody rozwoju i bezwarunkowej akceptacji.
Jak widać rodzice jak najbardziej potrzebujący konsultacji z pedagogiem, a nawet z psychologiem!
Ja w ogóle jestem zdania, że społeczeństwo byłoby lepsze, gdyby szkoły rodzenia nie ograniczały się do nauki oddychania i kąpania dziecka po urodzeniu, ale także przekazywały wiedzę, co zrobić z wrzeszczącym noworodkiem, gdy mimo nakarmienia, przewinięcia i ułożenia w komfortowych warunkach termicznych dalej się drze. Dodajmy, że noworodek jeszcze nie cierpi na kolki, ani ząbkowanie, więc nie ma innych powodów do ryku niż głód, wilgoć i temperatura.
Pierwsza lekcja wychowawcza polega na tym, że takiego noworodka po prostu zostawia się samemu sobie, włącza telewizor, względnie wdaje się w pogawędkę z małżonkiem i niech sobie ryczy. Pierwszego dnia ryczy jakieś pół godziny i przestaje, bo ileż można, drugiego 10 minut, trzeciego trzy, czwartego śpi jak na niemowlaka przystało. I o ustalonej przez rodziców godzinie rodzice mają święty spokój, aż do pierwszego budzenia z powodu głodu, po 3, a czasem nawet 5 godzinach (moja mała przesypiała 6-7 godzin, więc miałam luksus).
No cóż, widocznie rodzice nie rozumieją pojęcia "prawidłowo zająć się dzieckiem" ;)
No bo jak program nauczania przeładowany głupotami zupełnie niepraktycznymi i nieprzydatnymi do życia, wciskanymi w umysły dzieci na siłę w imię hodowania jakichś wartości przez wielkie "W", to co się dziwić, że czasu nie starcza?
"Owszem - nada do psychologa, pedagoga, ten wezwie tatusia/mamusię, a w domu rodzic skwituje całą akcję "jaka to głupia baba/facet"
No tak bywa. No i będą niektórzy budzić się na sali sądu rodzinnego jak małoletniego oskarżą o ćpanie i pobicie. No i nic na to nie poradzimy.
Ale dużo rodziców deprawujących swe dzieci błędami wychowawczymi budzi się wcześniej - jak już sami nie mogą w domu z bachorem ;) rozpuszczonym wytrzymać. Czasem u ludzi zaczyna działać instynkt samozachowawczy, jak ich pociecha wykańcza skakaniem im po głowie i wówczas grzecznie współpracują ze specjalistami i wychowawcami.
No taką różnorodność mamy w naturze. :)
To ci mądrzy :)
Bo nie jest grzechem błąd popełnić, grzech w nim trwać i nie naprawiać.
Aaaaa... no to miło mi poznać koleżankę po fachu! :)
No nieeee... no to dalsza dyskusja będzie tylko kółkiem wzajemnej adoracji. :D :D :D
No bo jak program nauczania przeładowany głupotami zupełnie niepraktycznymi i nieprzydatnymi do życia, wciskanymi w umysły dzieci na siłę w imię hodowania jakichś wartości przez wielkie "W", to co się dziwić, że czasu nie starcza?"
*****
przepraszam podwojnie:
a) bo sie wcinam w rozmowe
b) bo sam troche zofftopowalem notke kwestia szkolna
wracajac do tematu notki chce tylko napisac - "odczepcie sie od szkoly" ;)
za wychowanie dziecka odpowiadaja rodzice.
albo glownie rodzice (powiedzmy 90%) i reszta swiata (10%) dalsze otoczenie: w tym szkola, podworko, koledzy itd. jesli ta proporcja jest zachwiana - to jest to wina rodzicow, wlasnie takich jak ci opisani w notce.
PS. jeszcze pare lat temu nie uwierzylbym ze tacy rodzice istnieja,
i na te notke patrzylbym z przymruzeniem oka. owszem sa rodziny patologiczne. ale tu rozmawiamy o nowym rodzaju patologii ktora staje sie dosc powszechna i do tego jest silnie promowana jako "postepowa" - zohydzajac w sumie pozytywne okreslenie.
a) bo sie wcinam w rozmowe
b) bo sam troche zofftopowalem notke kwestia szkolna
Przeprosiny zupełnie zbędne, jaki sens miałaby dyskusja między tylko dwiema osobami?
Kwestia szkolna zaś jest szalenie istotna, bo to, jakie dziecko otrzyma wychowanie jaki trzylatek w tej szkole znajdzie nieuchronne efekty.
za wychowanie dziecka odpowiadaja rodzice.
albo glownie rodzice (powiedzmy 90%) i reszta swiata (10%)
Tu zgoda, ale tylko odnośnie pierwszych trzech lat. Potem dziecko spędza więcej czasu w przedszkolu (oczywiscie o ile do niego pójdzie), podobnie ze szkołą i rówieśnikami.
Innymi słowy - pierwsze trzy lata są kluczowe, acz niedecydujące, a szkoła tak całkiem o wychowaniu zapominać nie może. Za moich czasów w każdym razie pamiętała.
PS. jeszcze pare lat temu nie uwierzylbym ze tacy rodzice istnieja,
Cóż, istnieli nawet 30 lat temu. Ale nie tak powszechnie.
A między nami mówiąc - podejrzewam, ze wybór "bezstresowego" sposobu wychowania może wynikać ze zwykłego lenistwa. O ileż to łatwiej, gdy nie trzeba na okrągło dziecku zwracać uwagi i odciągać go od ryzykownych zajęć.
Później oczywiście za lenistwo płaci się wysiłkiem - z psychologiem, terapeutą, albo kuratorem, zależnie od stopnia zaniedbań.
albo glownie rodzice (powiedzmy 90%) i reszta swiata (10%) dalsze otoczenie: "
No głównie rodzice. Zgadzam się. Tylko proporcje bym trochę inaczej rozłożyła. 90% to za dużo bacząc na dzisiejsze realia, gdy obydwoje rodzice są 10 godzin poza domem w pracy, a po pracy tak zmęczeni, że najczęściej "odkładają dziecko na półkę" jak pluszaka - mówiąc metaforycznie.
"...ale tu rozmawiamy o nowym rodzaju patologii ktora staje sie dosc powszechna"
Patologią rodzinną nazywamy głównie rodziny z marginesu społecznego - alkoholizm, narkomania, konflikty z prawem... itp.
Ta "nowa patologia" nazywana jest DYSFUNKCJONALNOŚCIĄ rodziny. Rodzina dysfunkcjonalna - czyli ta nie radząca sobie z problemami wychowawczymi, prowadzącymi później do patologii.
Nic nowego. Sprawa stara jak świat, tylko wcześniej mało się o tym zjawisku mówiło, bo i dziecko było traktowane w inny sposób. Dopiero Konwencja o Prawach Dziecka zmieniła podejście do istoty rzeczy. Dała mnóstwo dobrego, ale i kolejne kwestie problematyczne. Jak zawsze i wszystko. :)
Co do pojęcia "postępowość".
No wszystko da się wypaczyć w każdej dziedzinie. No mamy dużo takich osobowości - kwiatków, co to nie rozumieją sensu i kontekstu sprawy i czynią z oczywistych rzeczy dziwactwa i dziwolągi.
Rodzina postępowa to taka, która umiejętnie współdziała ze społeczeństwem w oparciu o przyjęte normy i do tego kreuje coś nowego, ale KONSTRUKTYWNEGO dla życia i rozwoju.
A takie kreowanie zachowań zmierzających do komplikacji życiowych w dalszych konsekwencjach - no to żaden postęp. Chyba, że w kierunku degradacji, jak pisałam wcześniej.
No mają ludziska problemy z nazwaniem rzeczy po imieniu. :)
W tym temacie ciekawostka:
W latach bodaj siedemdziesiątych przeprowadzono w USA eksperyment, mający potwierdzić zasadność i skuteczność bezstresowego wychowania.
Postawiono trzy klatki, w każdej z nich umieszczono grupę szczurów.
W pierwszej klatce szczury były ciasno rozmieszczone, jedzenie podawano im nieregularnie i w niewystaraczającej ilości. Do tego skrajne warunki termiczne.
W drugiej klatce zafundowano warunki zbliżone do naturalnych - sporo przestrzeni, pokarm nieregularnie w niewygórowanej ilości, trzeba było o niego zawalczyć, ale wystarczał do przeżycia. Warunki termiczne zróżnicowane, jak to w przyrodzie, raz za ciepło, raz za zimno, a to znów za wilgotno bądź za sucho.
W trzeciej klatce zaś szczury miały raj na ziemi. Żarcia ile który chciał, picia także, swoboda luz, ciepełko w guście szczura.
Jak łatwo zgadnąć w pierwszej klatce miały miejsce liczne przypadki wzajemnego zagryzania się szczurów.
Jednak nie tak liczne jak w trzeciej, tej bezstresowej.
Natomiast w drugiej, tej "naturalnej" poziom zagryzania był nikły i bardziej wynikał z wrogości między danymi osobnikami niż z warunków bytowych.
Wnioski są chyba oczywiste :)
chyba jednak dluzej. owszem od wieku przedszkolnego zaczynaja sie powazne doswiadczenia zewnetrzne. ale kwestia pomocy w ich interpretacji, tlumaczeniu, wartosciowaniu - nadal pozostaje (a przynajmniej powinna) zadaniem rodzicow - a wiec caly czas to oni wychowuja a z zewnatrz dostaja jedynie "material do cwiczen". w wariancie przeciwnym dziecko zaczyna byc wychowywane przez srodowisko, najwygodniejsze (w danej chwili) autorytety z trzepaka itd. wrecz uwazam ze faza nastoletnia wymaga rownie duzego zaangazowania i cierpliwosci i jest trudniejsza - tu nie dzialaja proste nakazy i zakazy, tylko praca "z mlodym".
uwaga o lenistwie jako rzeczywistym zrodle "wychowywania bezstresowego" bardzo pasuje do obrazkow ktore mam okazje widziec.
To wlasnie takie podejscie "niech zrobi sie samo, albo nie zrobia inni" a moja rola jest wymagac i krytykowac (to nie wymaga pracy).
troche przypomina mi to rodzicow ktorzy ktorzy od najmlodszych lat wysylaja dzieci do internatow (to przenosnia) sprowadzajac swoje role do lozenia na czesne. tylko po co oni maja dzieci i czego w przyszlosci od nich oczekuja?
@Halo: w sumie ten sam komentarz: nie zgadzam sie z wyrazaniem udzialu w wychowaniu w godzinach. staralem sie napisac wyzej ze w tym przypadku nie ma tak prostej proporcji (uwaga o "materiale do cwiczen").
Musiałam sobie odkurzyć pamięć i przypomnieć ile czasu poświęcałam dzieciom codziennie, a to na prostowanie poglądów przekazywanych przez rówieśników, a to na cierpliwe wyjaśnianie dlaczego tak, a nie inaczej.
Ale - dość powiedzieć, ze w poźniejszych latach, przy sporym zakresie dawanej im swobody, w zasadzie nie musiałam stosować zakazów. I to wynikało z tych pierwszych trzech lat, gdy dzieci dowiedziały się, ze skoro mama na coś nie pozwala, to musi coś w tym być.
Za to w tych latach szkolnych - jak dziecko nabrudziło, to nie było karane zakazem oglądania telewizji, tylko musiało posprzątać, jak zgubiło kieszonkowe, to musiało odpracować (oczywiście w sposób dostosowany do możliwości) innymi słowy - ponieść konsekwencje.
I o to chodzi. nie o system kar i nagród czy system w ogóle bez dozoru, ale o uczenie konsekwencji, a także tego, ze rodzice w sprawach innych niż bezpieczeństwo nie muszą mieć racji.
nie potrafie natomiast znalezc odpowiedzi na pytanie z poprzedniego komentarza:
po co tacy rodzice decyduja sie na dzieci i czego oczekuja od nich w przyszlosci?
po co tacy rodzice decyduja sie na dzieci i czego oczekuja od nich w przyszlosci?
Po co? Żeby MIEĆ SWOJE dziecko, tak jak dziecko chce mieć swojego misia.
A czego oczekują? Żeby były ładne, mądre, grzeczne i można było być z nich dumnym. Tylko nie mają pojęcia, że samo się nie stanie.
Pozdrawiam :)
PS. Ja argumentowałam tak długo, aż argumenty były jasne. A od 14 rż zdarzało mi się zmienić zdanie w sprawie wydanego zakazu na podstawie ich argumentacji. Kurka wodna - wyhodowałam świetnych przekonywaczy na własnym łonie ;)).
absolutnie rozumiem satysfakcje i gratuluje.
ja jednego juz prawie tez ... druga trzeba jeszcze dlugo hodowac i czasem jej ulegac. kurka wodna ;)
dziekuje i pozdrawiam rowniez :)