Pisząc niespełna rok temu materiał zatytułowany "Arcyboleśnie prosta sprawa" (część 1 i 2) podnosiłem kilka nurtujących mnie problemów związanych z oficjalnym przebiegiem tzw. "Katastrofy Smoleńskiej" proponując także przeprowadzenie paru wirtualnych eksperymentów i obliczeń MESowskich. W szczególności wskazywałem na:
1. Konieczność zdystansowania się od tzw. "mgły smoleńskiej" jako przyczyny tragedii. Pytania o mgłę (podobnie jak rozważania na temat tego kto był, a kogo nie było w kokpicie w decydujących chwilach) mają ukrytą tezę, a jest nią postulowana przez sprawców tragedii "wina załogi". Jest to w istocie pułapka uruchamiająca mechanizmy samodezinformacji i ukierunkowująca rozważania tylko w jednym kierunku wybitnie zawężając pole widzenia. Choć obniżenie widoczności o charakterze lokalnym mogło okazać się pomocne w realizacji "Katastrofy Smoleńskiej", to miało ono jednak charakter zdecydowanie subsydiarny względem innych okoliczności, a skuteczne było oczywiście nie względem załogi, lecz względem świadków (obecnych również na lotnisku, w tym na wieży).
2. Istnienie zaraz za "magiczną brzozą" kępy drzew, która stała na drodze lewego skrzydła samolotu, na wypadek gdyby po hipotetycznym zderzeniu z brzozą skrzydło ocalało i chciało leciec dalej razem z samolotem... Kępa drzew stanowi przeszkodę naturalną zarówno dla skrzydła ocalałego, lecącego razem z resztą samolotu, jak również dla skrzydła obciętego brzozą (a raczej drzazgą od brzozy, która się ostała, bo przecie wszyscy widzą, ze brzoza leży ścięta...).
3. Konieczność zamodelowania w oprogramowaniu CAE skrzydła i brzozy, przeprowadzenie symulacji zderzenia tychże i za pomocą "metody elementów skończonych" obliczenie jak przebiegałby proces niszczenia obu detali wskutek impaktu. Wskazywałem na konieczność obejrzenia uzyskanych wskutek zderzenia struktur z naciskiem na stwierdzenie czy możliwe jest jednoczesne przerwanie ciągłości materiałowej zarówno brzozy jak i skrzydła, co wydaje się wątpliwe (nawet mimo działających na brzozę sił grawitacji, a na skrzydło sił aerodynamicznych).
4. Konieczność znalezienia odpowiedzi na pytanie dlaczego na zdjęciach widać ślady braku oddziaływania strug gazów wylotowych z napędów na otoczenie. Stojące i mające się całkiem dobrze altanki, nad którymi (w tetycznym scenariuszu w którym to Tupolew ścina brzozę) w odległości około 2 (słownie: dwóch) metrów przemieszczają się dysze silników - dają do myślenia. Podobnie jak stojące pionowo, oparte o ogrodzenie białe drzwi od toalety, ptasie gniazdo na drzewie obok, czy też ułożone pod brzozą w staranną kupkę worki ze śmieciami.
5. Niemożliwość rozpoczęcia wznoszenia się samolotu w okolicy brzozy w sytuacji gdyby odpowiedzią na wątpliwości opisane w punkcie poprzednim była awaria napędu, jak również gdyby samolot utracił skrzydło na brzozie (a raczej na pionowo sterczącej z miejsca przełomu drzazdze, bo przecie wszyscy widzą, że...).
6. Konieczność zamodelowania w oprogramowaniu CAE linii energetycznej zniszczonej hipotetycznie przez lecący tuż nad ziemią samolot i przeprowadzenie symulacji procesu jej niszczenia wskutek uderzenia w trakcję elektryczną z kierunku prostopadłego do kierunku trakcji. Postulowałem przeprowadzenie analizy porównawczej uzyskanych w wyniku wirtualnego eksperymentu struktur i struktur, które możemy oglądać na zdjęciach (ze szczególnym uwzględnieniem analizy zniszczeń w koronie słupów energetycznych elementów takich jak: izolatory ceramiczne, wsporniki izolatorów, podstawka, mocowanie korony do słupa, samych słupów wraz z więzami w ziemi, a także elementów ruchomych, przelotowych, łączących trakcję elektryczną z koroną słupa. Podczas analizy procesu należy mieć świadomość, że cechą relewantną procesu niszczenia jest duża prędkość z jaką on zachodzi, a zatem wiodącą rolę odegrać może sama tylko masa badanych elementów (również masa samych przewodów!!!).
7. Fakt, że odłamany kawałek skrzydła spadał w istocie z wysoka, dlatego żadna kępa drzew nie była dla niego przeszkodą.
8. Fakt, że w błotku "strefy zero" istnieje tylko jeden i absolutnie jedyny ślad, w którym upaść mógł kadłub (lub nawet tylko jego niewielka część). Inna, alternatywną i potencjalną możliwością byłoby takie rozkawałkowanie kadłuba jeszcze w powietrzu, że spadając jak "płatki śniegu" na ziemię nie zostawiłby żadnego dużego śladu, jednak widzimy na zdjęciach, że ocalały pewne elementy kadłuba (np. rufa), które gdzieś upaść musiały (tu abstrahuję od scenariusza, że zostały na miejsce podrzucone np. dźwigiem, czy śmigłowcem), dlatego ten scenariusz uznaję za niemożliwy. Zresztą pieczątka, jaka została odbita w ziemi jest bardzo sugestywna i wskazuje na to, że samolot uderzył w ziemię lewym bokiem, wręcz wbił się w nią lewym skrzydłem, następnie sunął po ziemi, zatrzymując się wreszcie po przebyciu około 100 metrów (krater o średnicy około 6m wskazuje na eksplozję).
9. Wywiedzioną z punktu 8. tezę, że kąt stycznej do ostatniego fragmentu trajektorii do ziemi zawierał się w przedziale 45-60 stopni, a zatem, że samolot nie dobiegał do "strefy zero" prawie stycznie do ziemi, lecz spadał z większej wysokości odpadając w lewo od kursu (lewostronny ześlizg).
10. Wywiedzioną z punktu 8. tezę, że kierunek rzutu na płaszczyznę ziemi trajektorii dobiegającej do "strefy zero" znacząco różni się od kierunku rzutu na płaszczyznę ziemi trajektorii, który możemy odczytać ze ściętych w okolicy brzozy i autokomisu drzew, ponadto nie dają się one sensownie połączyć (interpolować).
11. Wywiedzioną z punktu 8. tezę, że kąt obrotu lewostronnego samolotu w chwili zderzenia z ziemią nie przekroczył 90 stopni (najprawdopodobniej wynosił około 80 - 85 stopni) - lewostronny ześlizg.
12. Wywiedzioną z punktów 1-11. tezę, że trajektoria, którą próbowaliśmy budować na podstawie zniszczeń drzewostanu pomiędzy bliższym markerem a autokomisem może nie odpowiadać trajektorii rzeczywistej, a być tylko spreparowaną "trajektorią pozorowaną", czyli klasycznym działaniem maskującym w czynnościach operacyjnych, mającym spowodować wadliwe funkcjonowanie mechanizmu wnioskowania u odbiorcy o zdarzeniach których przebieg rzeczywisty starano się ukryć, czyli o przyczynach technicznych dla których samolot spadł.
13. Konieczność zaistnienia zdarzenia innego niż impakt skrzydła z brzozą, z którego powodu skrzydło zostałoby odłamane i spadło tam gdzie spadło, w sposób taki jaki widzimy na zdjęciach, a samolot zapewne już uszkodzony w sposób strukturalny lewym ześlizgiem runąłby w błoto. Z tego, jak i z poprzedniego punktu można już wnioskować o pewnym tzw. "udziale osób trzecich" jako przyczynach tak zwanej "Katastrofy Smoleńskiej".
Przedstawiony niespełna rok temu w AbPS scenariusz zdarzeń został, jak się wydaje, poważnie potraktowany zarówno przez tzw. Komisję Millera, jak i przez Zespół Parlamentarny badający zdarzenia z 10 kwietnia 2010 roku.
Prace Komisji Millera odwlekły się z zapowiadanego "końca lutego" o około pół roku, bo - jak tłumaczył sam szef Komisji: "Ktoś nam coś pokazał...", a późniejsze rozterki i wynikająca z nich zwłoka tłumaczone były problemami z uzyskaniem podpisów wszystkich członków Komisji w raporcie końcowym, a także koniecznością tłumaczenia raportu na języki obce. Niewykluczone, że tym "czymś, co ktoś nam pokazał", był wniosek dowodowy dotyczący linii energetycznej, sposobu jej zerwania i propozycji wirtualnego eksperymentu i badań wytrzymałościowych sformułowany w opublikowanej 15 lutego 2011 AbPS cz.1. Niestety Komisja nie zdecydowała się na przeprowadzenie zaawansowanych badań, bo zapewne stanęła na stanowisku, że "jak walnęło, to się urwało". Natomiast - najwyraźniej na skutek wątpliwości - zdecydowała się Komisja na wprowadzenie do swego "raportu końcowego" karkołomnej i kuriozalnej konstrukcji semantycznej o charakterze "szalupy ratunkowej" w brzmieniu:
"(...)Przy przechyleniu około -35°, po pokonaniu około 80 m od chwili utraty fragmentu lewego skrzydła samolot przeleciał nad linią energetyczną średniego napięcia, powodując jej uszkodzenie (rys. 9). Niewykluczone, że linia energetyczna została zerwana nie bezpośrednio przez samolot, ale przez konary drzew odłamanych kilkanaście metrów wcześniej i przemieszczonych zgodnie z kierunkiem lotu samolotu."
- czym pogrążyła się ostatecznie.
Natomiast Zespół Parlamentarny podszedł do problemu profesjonalnie. Dzięki nawiązaniu współpracy ze znakomitym Profesorem Wiesławem Biniendą (notabene absolwentem warszawskiego SiMRu) prace ruszyły do przodu jak to się mówi "z kopyta". Gdyby ktoś pytał mnie co to znaczy "właściwy człowiek na właściwym miejscu", to zamiast próbować formułować definicję kompletną odwołałbym się właśnie do tego przykładu, który znakomicie obrazuje co znaczy "właściwy człowiek na właściwym miejscu". Profesor przeprowadził postulowany w punkcie 3. wirtualny eksperyment, z którego wynika, że w przypadku założonego tetycznie zderzenia skrzydła z brzozą - skrzydło ścina brzozę doznając tylko powierzchownych uszkodzeń nie mających decydującego wpływu na dalszy bieg wypadków. Profesor również namawiał gorąco, aby wszyscy ci, którzy uznają jego prezentację za nierzetelną, nieoddającą właściwie biegu zdarzeń - nadesłali swoje symulacje. Był to znakomity zabieg taktyczny ze strony Profesora; jak sądzę prace nad alternatywnymi modelami zostały rozpoczęte wśród żarliwych obrońców hipotezy pancernej brzozy jako przyczyny odłamania skrzydła samolotu, jednak - jak się domyślam - każdy z nich wyrzucał podobne wyniki - a jeżeli już parametry brzozy zostały zawyżone w stopniu takim, że brzoza zdołała urwać skrzydło, to... To po zderzeniu i urwaniu skrzydła brzoza stała pionowo jak ją "pan Bóg stworzył" z oberwaną korą i tylko lekko nadgniecionym pniem... Nikomu natomiast nie udało się stworzyć modelu, w którym jednocześnie odpada skrzydło i przecięta zostaje brzoza. I to była przyczyna, dla której Profesor nie odnotował dużego zainteresowania ze strony sceptycznie nastawionych wielbicieli pancernej brzozy, którzy nie zaszczycili Profesora swoimi symulacjami, które mogłyby być przedyskutowane na zapowiadanej konferencji w Pasadenie.
Profesor poruszył również bardzo ważną kwestię z punktu 7., czyli kwestię postawionej tezy, że skrzydło spadało w istocie z wysoka, dlatego żadna kępa drzew za brzozą nie była dla niego przeszkodą. Profesor bardzo celnie zauważył, że skrzydło po oderwaniu się od aerodyny błyskawicznie obraca się i natychmiast zostaje wyhamowane, by następnie spadać lotem swobodnym jak kawałek tekturki wyrzucony z balkonu wieżowca. Nie ma natomiast możliwości, aby skrzydło po oderwaniu się na wysokości kilku metrów przeleciało ponad kępą drzew znajdującą się za brzozą i znalazło się ostatecznie 111 metrów od brzozy - w dodatku spadając prawie pionowo, co dziś potwierdził swymi spostrzeżeniami niezastąpiony TommyLee:
http://tommy.lee.salon24.pl/374098,fizyka-smolenska-eksperymentalna
Innych problemów, które postawiłem w "Arcyboleśnie Prostej Sprawie" Profesor nie komentował publicznie (a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo), jednak mam nadzieję, że ma on już wyrobioną opinię co do postawionych tez (w szczególności chodzi o casus przecięcia/zerwania linii elektroenergetycznej), a milczenie wynika ze względów przyjętej taktyki. Nadzieję taką daje mi również punkt utraty skrzydła wyznaczony przez Profesora, który znajduje się znacznie wyżej niż trajektoria odczytana z uszkodzeń drzewostanu dokonana przez Komisję Millera. Wszystko wskazuje też na to, że sformułowana w AbPS teza trajektorii pozorowanej jako działań maskujących i trajektorii rzeczywistej jako położonej znacznie wyżej w swych głównych założeniach została przez Zespół i współpracujących z nim specjalistów zweryfikowana pozytywnie. Ja ze swej strony dodam, że pisząc niespełna rok temu AbPS nie analizowałem w najmniejszym nawet zakresie danych z TAWS i FMS, których nawet nie mam i nigdy nie próbowałem czytać. Posiłkowałem się w zasadzie tylko zdjęciami terenu oraz zdjęciem satelitarnym z 12 kwietnia. Dlatego formułując tezę, że trajektoria rzeczywista znajdowała się o 100 metrów wyżej kierowałem się wysokością punktu decyzji i wysokością na jakiej w normalnych warunkach znalazłby się samolot podczas odejścia. Z tego względu stwierdzenie to należy traktować i odczytywać li tylko w sposób modelowy, nie zaś dosłowny. Dlatego wyznaczona przez Zespół na podstawie zapisów TAWS i FMS trajektoria rzeczywista, mimo, że położona niżej niż ta intuicyjnie przyjęta, o której pisałem rok temu zostaje zaakceptowana przeze mnie bez jednego mrugnięcia okiem. Zaprezentowane rozważania Profesora Biniendy dotyczące wysokości z jakiej spadało skrzydło utwierdzają ją z dodatkową mocą. Jest to zresztą chyba największa zasługa i korzyść z rozważań , które zawarłem w AbPS, ponieważ pozwala zerwać z brzozą w sposób definitywny i "uwolnić trajektorię" rzeczywistą. Jak okazuje się przyniosło to natychmiastowy skutek w postaci nowej interpretacji danych zapisanych przez TAWS i FMS.
Okazało się niemal natychmiast, że TAWS i FMS zapisały trajektorię położoną wyżej niż wycięte drzewa. Trajektoria pozorowana przestała być swego rodzaju kotwicą interpretacyjną, która zawężała interpretację zapisów rejestratorów. I to nowe spojrzenie uznać należy chyba za największy sukces.
Każdy system pomiarowo-kontrolny zapisujący dane zapisuje je z pewną dokładnością, pomiar zawsze obarczony jest pewnym błędem i niepewnością. Jeżeli pojawi się inna przesłanka, wyglądająca pozornie na oczywistą (np. poobcinane korony drzew i zerwana linia energetyczna), to interpretując dane z systemu rejestrującego stajemy przed potężną i bardzo niebezpieczną pokusą. Pokusa polega na pojawieniu się przemożnej chęci uznania systemu rejestracji za niedokładnie skalibrowany, a jego pomiarów za pomiary obarczone pewnym błędem statystycznym o charakterze stałym. Pokusie tej uległa jak się wydaje tzw. Komisja Millera, poprawiając na siłę
zapisy rejestratorów tak, aby odpowiadały zniszczeniom terenowym; a to dodano kilka sekund w CVR, żeby moment zarejestrowanego huku pokrył się z chwilą w której samolot miał mijać pancerną brzozę, a to obniżono trajektorię uznając, że rejestratory się pomyliły o kilkanaście metrów i składając to na karb błędu statystycznego, a to dokręcając samolot nad autokomisem w lewo, tak aby zdążył się odwrócić na plecy, mimo, że rejestratory nie wskazały przechyłu większego niż wynika to ze śladów na błocie - ale uznano, że to był tzw. "błąd gruby", bo przecież drzewa nad autokomisem są cięte pod kątem 120 stopni i więcej...
Z tego wszystkiego wyłania się obraz zamachu, w którym wykorzystano moment zbliżenia samolotu do ziemi ("doprowadzasz do 100m - i koniec dyskusji") aby niepewność pomiaru urządzeń pokładowych wykorzystać do narzucenia nieprawdziwej interpretacji zdarzeń - poprzez sprokurowanie trajektorii pozorowanej, bardzo podobnej do trajektorii rzeczywistej, choć położonej nieco niżej, a prawdziwą przyczynę strącenia samolotu - zastąpić "magiczną brzozą"... Dlatego tak ważne staje się bardzo precyzyjne odczytywanie rejestratorów, bez sugerowania się czymkolwiek innym, jakimikolwiek innymi domniemanymi zdarzeniami, a w szczególności trajektorią pozorowaną. Efekty już są.
Tyle tytułem wstępu. No ale dziś miało być przecież o Kocie Schrödingera i "zdarzeniu o charakterze tetycznym"... Tak więc do rzeczy:
W 1927 roku niejaki Werner Heisenberg sformułował tzw. Zasadę nieoznaczoności (zwaną ku jego pamięci zasadą nieoznaczoności Heisenberga). Związana ona była z próbami usystematyzowania i opisania tego czym tak naprawdę jest światło, które wykazuje zarazem właściwości falowe (tak jakby było falą) i korpuskularne (tak jakby było materią). Przeprowadzane eksperymenty potwierdzały zarówno właściwości falowe światła, jak i jego właściwości korpuskularne. Problem określać zwykło się mianem tzw. dualizmu korpuskularno-falowego.
Zasada nieoznaczoności wprowadziła tezę, że nie ma możliwości jednoczesnego stwierdzenia jaki jest pęd cząstki i jej położenie, a to z tego powodu, że akt pomiaru jednej z wielkości wpływa na drugą wielkość - takie sprzężenie zwrotne;-) Jednak nie wszyscy od razu w lot chwycili o czym Heisenberg peroruje, dlatego z pomocą im przybył pewien spryciarz, który zwał się Schrödinger... Przeprowadził on pewien eksperyment myślowy zaprzęgając do niego kota - zwanego od tamtego czasu "Kotem Schrödingera" ku pamięci jego "patrona". Tu od razu muszę uspokoić osoby o słabych nerwach i obrońców zwierząt, że tenże uczony swój eksperyment przeprowadzał jedynie w głowie, nie znęcał się nad Kotem w żaden sposób, choć po zapoznaniu się z przebiegiem eksperymentu niektórzy psychologowie mogliby poczuć pewien niepokój co do stanu ducha eksperymentatora:)
Schrödinger mianowicie (w swej wyobraźni oczywiście) wpakował Kota do pudła w którym uprzednio zainstalował przemyślne urządzenie. Umieścił tam mianowicie materiał promieniotwórczy, detektor promieniowania, który w momencie wykrycia cząstki uwalnia wajchę, do której przymocowany jest młotek. Z chwilą gdy wajcha zostanie zwolniona - młotek spada prosto na ustawioną pod nim butelczynę z silną trucizną, której uwolnione opary w kilka chwil odbiorą Kotu życie...
Schrödinger zamknął przemyślnie skonstruowane pudło z pomiaukującym żałośnie Kociakiem w środku - i zapewne wyskoczył z kolegami na... herbatę. I tak siedząc przy tej herbacie począł się zastanawiać - czy Kot żyw jest jeszcze, czy też biedaczysko już leży martwy w oparach trującego gazu...? Przy pierwszej herbacie pewnie Kot jeszcze żył, miotał się po pudle, ale pewnie cały i zdrów był, przy drugiej herbacie sprawa się skomplikowała, bo czasu upłynęło już sporo, detektor pracuje, młotek wisi nad butelczyną... Przy trzeciej herbacie Schrödinger począł już poważnie obawiać się o życie Kota, ale jak wykoncypował - zupełnie nie miał jak sprawdzić, czy też wyliczyć bez powrotu do domu i otworzenia pudła czy Kot dycha, czy też już nie... Zdawał on sobie sprawę, że możliwości są tylko dwie: albo po otwarciu pudła Kot radośnie wyskoczy, albo będzie już biedak leżał bez ruchu - ale jak to sprawdzić bez zaglądania do pudła? A może nawet gdy wajcha zostanie zwolniona, to młotek nie trafi w butelkę z trucizną? A może nawet jeśli trafi, to butelki nie stłucze?

Pozostawmy na chwilę Schrödingera z jego nierozwiązanym problemem i powróćmy do spraw zasadniczych. Otóż kiedy podnosiłem kwestię tego czy możliwe jest jednoczesne ścięcie brzozy przez skrzydło i ścięcie skrzydła przez brzozę wskutek jednego "zdarzenia o charakterze tetycznym" zwanego impaktem skrzydła z brzozą posypały się gromy. Z jednej strony słusznie zauważano, że na skrzydło działają siły aerodynamiczne (i to one wyłamały skrzydło), a na brzozę działa siła grawitacji (i to ona powaliła brzozę), a także, że na brzozę działają strugi gazów wylotowych z silników przelatującego obok samolotu (te same strugi, które nie wiedzieć czemu nie zadziałały na altanki, śmieci, ptasie gniazdo i drzwi od kibla oparte o siatkę)... No dobrze, ale czy to zmienia postać rzeczy?
I tu zabrał głos twórca hipotezy zderzenia samolotu z brzozą, czyli niejaki "Fotoamator Specnazu" S.A. Otóż argumentował on, że sterty śmieci zostały właśnie "nawiane" w to miejsce poprzez huragan za samolotem (i zapewne ułożone w zgrabną stertkę kokardkami do góry...). Argumentował on także, że w wyniku tetycznego zdarzenia jakim miało być zderzenie skrzydła z brzozą skrzydło odpadło, a brzoza wyszła ze zderzenia zwycięsko (powalona została później wskutek zassania poprzez wiry powietrza za samolotem). Koronnym dowodem na "zwycięskość" brzozy miała być drzazga. Drzazga, która sterczała sobie pięknie do góry w miejscu przełomu. Istnienie tej drzazgi miało być dowodem, że skrzydło straciło swą integralność i odpadło na brzozie od samolotu - no bo przecie gdyby nie odpadło, to ścięłoby tę drzazgę!!! CZYLI KOT NIE ŻYJE :(
Ale kiedy Profesor Binienda ujawnił wyniki swych badań, z których wynika, że w "zdarzeniu o charakterze tetycznym" jakim jest impakt skrzydła z brzozą zdecydowanie wygrywa skrzydło, a ponadto sformułował znakomite spostrzeżenie, co do tego, że gdyby skrzydło odpadło na brzozie, to nie doleciałoby dalej niż 12 metrów (już nawet nie mówiąc o kępie drzew za brzozą jako przeszkodzie, do której nie miałoby szans nawet dolecieć) teza o utracie skrzydła na brzozie zachwiała się w posadach i runęła. Potwierdził to dziś Tommy Lee w swym bardzo ważnym tekście dokumentującym fakt, że kawałek skrzydła spadając - spadał w zasadzie pionowo, a składowa pozioma była pomijalnie mała:
http://tommy.lee.salon24.pl/374098,fizyka-smolenska-eksperymentalna
I nie trzeba było długo czekać - otóż pod notką ujawnili się nagle "fizycy", którzy zapomnieli już o swym guru S.A., który dowodził, że stercząca ze złamanego konaru brzozy drzazga nie przepuściła skrzydła w całości. Zapomnieli i "dowodzili", że skrzydło przetrwało zderzenie z brzozą i (mimo kępy drzew za nią) poleciało dalej razem z samolotem (zapewne wisząc i powiewając na wietrze), aby "urwać się" dopiero tam, gdzie powinno, czyli w okolicy ulicy Gubienki. Nic to, że gdyby tak było, to pewnie nie spadłoby już tak pionowo jak to wynika ze spostrzeżeń Tommy'egoLee - nad tym "fizycy" już się nie zastanawiali... CZYLI JEDNAK KOT ŻYJE !!! ;-)))
Ufff!!! Tego Schrödinger nie przewidział! Dopijając piątą herbatę i zastanawiając się czy Kot żyw jeszcze, czy też już nie - rozważał jedynie w istocie swej dychotomię zjawiska. Ale nie wpadł na to, że po powrocie do domu i po rozpieczętowaniu pudła jednocześnie z radosnym MRAUUUU!!! wyskoczy z niego Kot i jednocześnie Kot będzie leżał bez życia na dnie pudła...
Schrödinger doznał olśnienia! Czy możliwe jest zatem aby po otwarciu pudła okazało się, że Kot jednocześnie jest żywy i nieżywy? A może jeden Kot zmieni się w dwa Koty? Schrödinger czym prędzej pobiegł do domu nie mogąc się doczekać co ujrzy po otwarciu swej skrzyni i jak zakończy się eksperyment...
Jakież było zdziwienie Schrödingera, gdy zbliżając się do domu ujrzał na werandzie spokojnie wygrzewającego się na słońcu Kota... Czym prędzej pobiegł do pracowni, otworzył pudło i...
... i ujrzał, że z tyłu skrzynki znajduje się niewielki otwór, przez który Kot czmychnął zapewne zaraz po tym jak został w niej zamknięty...

http://el.ohido.siluro.salon24.pl/278842,arcybolesnie-prosta-sprawa-czesc-1
http://el.ohido.siluro.salon24.pl/296243,arcybolesnie-prosta-sprawa-czesc-2
http://vod.gazetapolska.pl/758-tu-154m-nie-zderzyl-sie-z-brzoza-w-smolensku
http://tommy.lee.salon24.pl/374098,fizyka-smolenska-eksperymentalna
http://bokehot.blox.pl/2009/05/Kot-Schrdingera-8211-w-mechanice-kwantowej-slynny.html
http://arkadiusz.jadczyk.salon24.pl/66456,po-nitce-do-klebka-reinkarnacje-kota-schr-dingera



I w zasadzie kłamstwo smoleńskie zostało obalone.
"Z tego wszystkiego wyłania się obraz zamachu, w którym wykorzystano moment zbliżenia samolotu do ziemi ("doprowadzasz do 100m - i koniec dyskusji") aby niepewność pomiaru urządzeń pokładowych wykorzystać do narzucenia nieprawdziwej interpretacji zdarzeń - poprzez sprokurowanie trajektorii pozorowanej, bardzo podobnej do trajektorii rzeczywistej, choć położonej nieco niżej, a prawdziwą przyczynę strącenia samolotu - zastąpić "magiczną brzozą".
Świetnie to ująłeś:) Millerowcy dokonali, za wzorem towarzyszy z Moskwy obróbki danych z FMS, TAWS, tu przycięli, tam dodali, by zbliżyć się do trajektorii,wytyczonej ręką jakiegoś czekisty.
P.S
Ta śliczna kotka, trikolorka jest Twoja?
Pozdrawiam bardzo serdecznie:)
A to co tu napisales, cytuje:
"Nie ma natomiast możliwości, aby skrzydło po oderwaniu się na wysokości kilku metrów przeleciało ponad kępą drzew znajdującą się za brzozą i znalazło się ostatecznie 111 metrów od brzozy - w dodatku spadając prawie pionowo, co dziś potwierdził swymi spostrzeżeniami niezastąpiony TommyLee"
jest poprostu "belkotem" czlowieka co ma qnskie klapy na oczach!
To wlasnie manek juz od maja 2010 roku opisywal lot koncowki skrzydla oderwanej na brzozie, to manek analizowal kilkanascie zdjec tej czesci, to manek udowodnil ze koncowka spadla prawie pionowo z gory, to manek udowodnil, ze kikut lewego skrzydla samolotu przelatywal nad obydwoma zerwanymi liniami elektrycznymi zarowno niskiego jak i sredniego napiecia i tak dalej...
A to znaczy ze ten slepy cymbal tommy lee jak rowniez i ty sam od siebie nic w tej sprawie nie zrobiliscie, wy poprostu kradniecie idee innych i je przekrecacie, zeby zrobic "mgle smolenska"
Zainteresowany znajdzie wszystkie dowody na matactwa zarowno tommy lee jak i twoje EOS na manka galerii
Viel spaß!!
Zestrzelenie z ziemi - jak we mgle trafić coś co leci tak nisko i szybko aby spadło tam gdzie spadło i jeszcze huku nie narobić? (żadna szyba nie wypadła w okolicy).
Zestrzelenie z powietrza - zsynchronizowanie ataku niewykonalne i również brak hałasu.
Wygląd miejsca łączy od biedy ze sobą dwa sprzeczne zdarzenia: 1. twarde przyziemnienie i rozerwanie w wyniku eksplozji.
Wybuchu nie było - chyba się zgadzasz.
Lądowania też nie było - ustalone (p. Binieda, FMS).
Czyli co było?
Z pewnością! Zauważ, jak EOS w swojej analizie elegancko, w białych rękawiczkach /jak u kotki skarpetki/, rozprawia się z matactwem swołoczy. Tylko logika w "białych rękawiczkach" może być skuteczna na POpaprane po pachy łapska smoleńskich zaprzańców.
Pozdr
Ale jest fajna, trzeba przyznać:)
Pozdro!
Nie zapominaj też o filmie 1.24 - od momentu jego pojawienia się Ruscy mogli nawet celowo tak aranżować bieg zdarzeń aby uznano, że to nie jest prawda co tam się działo - i że to co widać na fotkach i filmie to tylko inscenizacja, jak mówisz.
No ale pożyjemy - zobaczymy.
Póki co miejmy otwarte oczy i uszy.
Pozdro!
Dlatego taki samolot może spaść w jedno miejsce - zwłaszcza jeśli spada z wysoka, a nie leci rozpędzony tuż nad ziemią, bo wtedy pas zniszczeń byłby dłuższy
http://www.youtube.com/watch?v=sOV8lTfmY_M
http://www.youtube.com/watch?v=tA_FqhlKxaQ
http://www.youtube.com/watch?v=9AKCP8dDKwY
Na Twoim blogu jest jasno, logicznie, i nie mam wrażenia, że za chwilę wpadnę w czarną dziurę poznawczą.
Pamiętam Twoje klarowne i precyzyjne notki; w najgorszym czasie bardzo mi pomogły. Szkoda, że "blogerskie śledztwo" nabrało nieprzyjemnych cech (kłótnie, "dezy", itd. itp.), pewnie to Cię też zniechęciło do pisania tutaj. Ale Twoja praca była ważna!!! Te "drzwi od kibla" i olśniewające porcelanki na słupie energetycznym pamiętam do tej pory:). Wykresy, wyliczenia, wzory u innych blogerów też jakoś udawało mi się zrozumieć, ale z tego niewiele mi w pamięci zostało, a i pożytku z moich popękanych szarych komórek też nie było, niestety. Ale to już nie ma znaczenia.
Teraz martwię się tylko o prawdziwych ekspertów, tych stąd, i tych od konferencji w Pasadenie.
Mam nadzieję, że "ramię" nie jest jednak dostatecznie długie, żeby zabić prawdę w najbardziej bezwzględny sposób.
Serdecznie pozdrawiam!
Niestety "ramię" sięga coraz wyżej i dalej (z tego co dziś słyszę...) ;-/
Pozdrawiam!
A tak poważniej - dychotomia trochę mi przypomina czarno-biały świat, a ja, niestety, jeszcze (nie wiem jak długo) rozpoznaję również inne kolory.
Pozdrawiam
ps. dobrze, że znowu piszesz
Cóż zatem prostszego...
Czekam. :)
Byłbym również kontent, gdybyś wyjaśnił, w jaki sposób kacapy były w stanie wiedzieć, że polski TU 154 spadnie akurat w przygotowane przez nich miejsce.
pozdrawiam
Pozwolę sobie wtrącić do wymiany zdań z Kisielem, ponieważ wciąż skłaniam się do tej wersji wydarzeń, którą on prezentuje.
Piszesz:
"Ta hipoteza wydaje mi się bardzo łatwa do sfalsyfikowania, a poza tym jest na rękę niektórym sprawcom, bo uznanie ludzi z delegacji za zaginionych, czy też poległych w nieznanych okolicznościach pozwalałoby uniknąć odpowiedzialności za katastrofę/zestrzelenie samolotu".
W tym momencie nie wiem, czy wypowiadasz się z punktu widzenia organów prowadzących prawdziwe śledztwo, bliskich ofiar mających pewien dostęp do materiałów, czy też blogerów, którzy nie maja dostępu do niczego z wyjątkiem relacji i doniesień medialnych. Z pozycji prokuratury wykluczenie uprowadzenia jest banalnie proste - otwarcie trumien. Śmierć w zagadkowych okolicznościach, udowodnić nieco trudniej ta metodą, ale prawdopodobnie da się zrobić.
Zgadzam się, że teoria mistyfikacji może być niewygodna, ponieważ albo wręcz ośmiesza świadków, albo stawia ich w roli "przyklepujących" zamach. Czy zdejmuje odpowiedzialność z zamachowców, to już kwestia dalszych niuansów (przebiegu wydarzeń).
Ponieważ od pewnego momentu jestem jedną z osób zaangażowanych w rozwijanie tej hipotezy, ubolewam, że wymiana argumentów z jej przeciwnikami przebiega tak nieelegancko. Dążenie do prawdy jest naszym obowiązkiem i prawem. Niezależnie, kto chce nas tego prawa pozbawić staje po przeciwnej stronie.
Dla mnie jest jasne, która strona jest ofiarą, a która napastnikiem. Niejasne jest tylko, jak daleko ta napaść sięgnęła. Boję się, że dalej niż sięga wyobraźnia większości ludzi.
Pozdrawiam.
Odpowiadam: Nie, tak nie myślę.
Pytam z kolei: Czy myślisz, że doszło do zestrzelenia TU (bez głośnego huku) w wyniku którego szczątki ułożyły się w obserwowanym miejscu? Czy normalną rzeczą jest przemieszczanie się niektórych szczątków obserwowane na zdjęciach sat?
Co myślisz o równej krawędzi jaką posiada fragment z częśią ogonową samolotu?
Czy według Ciebie nie powinna być na pobojowisku tak samo ładna część która była z nią połączona?
Piszesz: "Dlatego taki samolot może spaść w jedno miejsce - zwłaszcza jeśli spada z wysoka, ...". Z jak wysoka? Przecież im wyżej tym trudniej trafić w TO miejsce.
Tylko proszę nie mów, że każde miejsce jest jednakowo prawdopodobne.
2. Słyszałeś kiedyś odchodzącą Tutkę? Jest to jeden z najgłośniejszych samolotów pasażerskich, przy odejściu brzmi jak przetaczający się nad głowami grzmot podczas potężnej burzy. Doprawdy jakikolwiek inny wybuch jest w takich warunkach trudny do wychwycenia i maskuje się sam przez się w tych warunkach akustycznych.
3. Nie wiem skąd teza, że huku nie było - Wiśniewski na przykład używa właśnie tego słowa - HUK - na określenie tego co słyszał.
4. Obserwowane i obstawiane było znacznie szersze miejsce (rogatka była już koło czołgu jak czytamy na smolensk-auto.ru)
5. Przemieszczanie szczątków jest rzeczą normalną jezeli chcemy ukryć skąd spadł samolot. Z położenia szczątków można (np. metodą najmniejszej sumy kwadratów) wyznaczyć kierunek z którego spadł samolot. Jeżeli chcemy go ukryć i pokazać trajektorię pozorną - to szczątki trzeba przemieścić:)
6. Myślę że konstrukcyjnie najsłabsze miejsce puściło.
7. Powinna być, ale mogło być tak również, że nie musiała - w zależności od tego jak rolowała dalej.
8. W TO miejsce? nie zakładam, że trafiano akurat w TO.
Ale kombinuj, być może rację masz Ty a nie ja:)
Ja niestety nie jestem w stanie stwierdzić w żaden sposób kto był w samolocie a kogo nie było, dlatego tą kwestią się nie zajmuję, mając nadzieję (nadzieja matką głupich... :-( ), że odpowiednie służby to są w stanie zrekonstruować.
Dlatego zajmuje się raczej losami samolotu, a nie delegacji , stojąc na stanowisku, że właśnie w samolocie była delegacja. Owszem, jest to domniemanie, i to obalalne - jak każde domniemanie faktyczne. Ale tak właśnie domniemuję, bo nie mam żadnych narzędzi aby to zweryfikować. Niestety.
Zgodnie z kpk informacje ze śledztwa są dla nas niedostępne, jednak rodziny i pełnomocnicy mają wgląd do akt i dlatego stanowisko premiera w tej sprawie ma dla mnie dużą wagę. Wynika z niego, że prokuratorzy zgromadzili nieznany nam materiał, który nie daje szans na obalenie domniemania i dowodzi faktu głównego jakim jest obecność ludzi na pokładzie w dramatycznej chwili.
Zajmuję się więc geometrią miejsca zdarzenia i próbuję odtworzyć ruch samolotu ze zdjęć, jeżeli moje domniemanie zostanie obalone, to napracuję się na darmo, zgoda. Ale są na szczęście inni, którzy przekonani są, że w samolocie nie było już ludzi i wtedy uznając, że zajmowałem się jałowymi i bezprzedmiotowymi sprawami - nie będę przeszkadzał:)
Zakładam, że przygotowanym miejscem było miejsce za drogą Kutuzowa a przed lotniskiem. I tu ciekawa sprawa. Bo chciałem napisać, że niezależnie czy z lewej czy z prawej strony ścieżki.
Ale czy rzeczywiście? Czy z prawej strony ściezki było coś, co od bidy mogloby pełnić funkcję "brzozy"?
W każdym razie zakładam, że zamknięty był duży teren, akcja napaści miała miejsce w okolicy ulicy Gubienki i jej przecięcia z trajektorią (trafienie), a za ul. Kutuzowa oczekiwano upadku samolotu - i tak też się stało. Biegiem w minutę byli na miejscu.
A jaką Ty masz koncepcję?
ad.6. taki efekt podziału części nie mógł być wynikiem wybuchu - na początku najsłabszy element odpada (okna), jeżeli kadłub się rozpada to nie odpadają wszystkie nity jednocześnie. A gdzie są podłużnice? W wyniku upadku też taki podział kadłuba nie mógł mieć miejsca.
ad.7. Ogon nie rolował, nie pogiął się, a reszta rolowała i zniknęła. Gdzie?
ad.1. Jeszcze raz się nieśmiało będę się upierał, że trudno z ziemi trafić pociskiem kinetycznym coś co leci we mgle z v=80m/s na wysokości ok. 20-30m tak aby szczątki spadły tam gdzie są. Z powietrza tym bardziej.
ad.2. Nikt nie słyszał odejścia z opisanym przez Ciebie efektem "... brzmi jak przetaczający się nad głowami grzmot podczas potężnej burzy." Za to u Wiśniewskiego na nagraniu ptaszki słychać.
Poza tym to kilkanaście ton paliwa powinno gruchnąć że hoho.
Ja po prostu nie wierzę w taką możliwość, by udało się zaplanować i przeprowadzić strącenie samolotu w ściśle wyznaczonym miejscu, czyli w tym przypadku na lewo od linii pasa tak, by szczątki upadły za pasem gąszczy oddzielających miejsce upadku od szosy i przed płotem lotniska. To są po prostu bujdy na resorach. Powiem Tobie więcej, od poranka 10 kwietnia 2010 r. patrzyłem na to jak na inscenizację, tyle że przez pierwsze miesiące nie byłem w stanie uwierzyć w to, co widziałem i czułem. Mówiłem (pisałem też tu w salonie): to jakiś teatr, to nierealne i jednocześnie nie przyjmowałem tego jako fakt. Myślałem: to tylko takie wrażenie, przecież to tam naprawdę się wydarzyło. Jednak w miarę upływu czasu dane (wciąż nowe i nowe), nasze dyskusje i analizy uzmysłowiły mi, że to, co czuję od 10 kwietnia jest o wiele bardziej prawdopodobne, niż wersja makowo-tuskowa kontunuowana i rozwijana/modyfikowana przez ZP.
Ale nie przesądzam ostatecznie.
Okna może były najsłabsze, a może nie - to nie jest takie oczywiste. No i ewentualna eksplozja niekoniecznie musiała mieć źródło wewnętrzne.
7. - Reszta nie zniknęła, Zespół zrekonstruował wrak ze zdjęć i okazuje się, że większość jest.
1. - Komu trudno temu trudno ;-) Metod jest wiele i nie upierałbym się, że szczątki miały upaść akurat tam gdzie są. mogły równie dobrze upaść 200 w prawo.
2. - Ja słyszałem i czytałem wiele wypowiedzi i relacji, że słychać było odejście, ryk silników, Wiśniewski mówił o HUKU.
NN. - I pewnie gruchnęło. ("mały słup" ognia wysokości dwukrotności drzew i kraterek na poletku).
Zwróć ponadto uwagę, że pewne wypowiedzi świadków mogą być zniekształcone (na przykład na prośbę organów prowadzących postępowania...), dlatego nie należy do nich podchodzić bezkrytycznie.
Proponowanie zaprzestania tych analiz, które robi na przykład Zespół dlatego, że coś tam "czujesz" jest kompletnie bez sensu...:(
No chyba że za racjonalne uważasz wkroczenie z wojskami do Moskwy i przeprowadzenie wykopalisk archeologicznych na terenie całej Rosji ;-) Oczywiście to absurd...
7. Tak 70 % czegoś zalega placyk, czyli 30 % znikneło, albo się rozpyliło. Części o której mówiłem nie widać.
W Lockerby znaleziono element zapalnika wielkości znaczka pocztowego a tu wcięło rejestrator K3-63 (czas, wysokość baro, prędkość i przeciążenie, większy od pozostałych) na polance 160x60m. Ni ma, żuliki podp... ukradli.
2. Słyszano dziwne dźwięki, a Wiśniewski nie widział ciał, nagrał ziębę, nagrał staż której nie było bo z raportu wynika że była potem, wydawało mu się że jakiś mały samolot leciał itd, itp, itd.
Dajmy sobie spokój z pisaniem, bo szkoda na taką wymianę zdań klawiatury.
7. To, czy wcięło, czy też zabezpieczyła go Prokuratura i "zapomniała" Ci o tym powiedzieć, to się okaże niebawem. Zobaczymy.
2. Rzeczywiście różnica "nastroju" między materiałem Wiśniewskiego a filmem 1.24 jest porażająca...
Od tej pory za jakikolwiek atak na Zespół Parlamentarny i osoby z nim współpracujące - ban i sprzątanie.
To Ci odpowiadam:
na stronie 62 raportu Millera można przeczytać taką oto informację, cytuję:
„ rejestrator K3-63 jest rejestratorem eksploatacyjnym przeznaczonym do rejestracji następujących parametrów:
• czasu;
• wysokości barometrycznej;
• prędkości przyrządowej;
• przeciążenia normalnego (pionowego).
Zapisane dane wykorzystywane są do wykonania szybkiej analizy parametrów lotu,kiedy nie ma dostępu do urządzeń umożliwiających analizę parametrów z systemu MSRP lub rejestratora ATM-QAR. Rejestrator K3-63 nie został odnaleziony”.
Nie wiem, bo i skąd mam wiedzieć..
Natomiast sugerujesz, że jakaś informacja o tym może niebawem nas zaskoczyć.
Mógłbyś ten wątek rozwinąć? Że niby po przeszło 1,5 roku prokuratorzy coś znaleźli (gdzie?) i zabezpieczyli czego MAK i Mundek nie dokonali w tym okresie. To przcież suplement do raportu Millera trzeba będzie pisać.
(oczywiście to wersja optymistyczna, bo w wersji pesymistycznej może być tak jak piszesz).
Po przeczytaniu Twojej notki (dobrej) napisałem taki komentarza u FYMa:
"...maskirowka stała się dla mnie w 100% oczywista. I to nawet bez analizy braku ciał, wyposażenia, skrzynek, itp. Dlaczego? Zakładam, że na 100% udowodniono brak kontaktu z brzozą (Binieda) i trajektoria lotu powyżej drzew i anten, więc skąd mogą pochodzić szczątki na Siewiernym:
1 - Zestrzelenie z ziemi niemożliwe - jak coś trafić we mgle co leci 80m/s + trafić ze szczątkami w obserwowane miejsce bez wywołania hałasu?
2 - Zestrzelenie z powietrza niemożliwe - j.w. + synchronizacja lotu myśliwca.
3 - Detonacja na pokładzie niemożliwa - w 2 sekundy TU (dł. 48m) przelatuje 160 m - na takiej długości leżą szczątki. Jak zsynchronizować moment i siłę wybuchu z V i h samolotu aby osiągnąć taki skutek?
4 - Awaria silników lub sterowania niemożliwe - samolot by przyziemił w jednym kawałku - ślady upadku całej maszyny na ziemi (brak takich śladów).
Pozostaje tylko inscenizacja."
Piszesz, że zamach potwierdza położenie skrzydła: "...Na tym, że końcówka skrzydła nabita na krzaki spadła właśnie tam gdzie leży, a nie została "podrzucona" - takie domniemanie obalalne."
Ale tak samo tłumaczy a nawet lepiej jej położenie to, że zostało tam umieszczone przez sprytnych ludków. Nie trzeba kombinować jak tu je utrącić w powietrzu, wstawiamy ręcznie i wszystko "gra i koliduje".
Następny punkt: mówisz, że był wybuch paliwa "na dwie wysokości drzew". Szanowny panie kilkanaście ton nie wybucha na taką wysokość. Albo wybucha, że hoho, albo ktoś coś sobie podpalił. Nie można trochę zajść w ciążę.
Nie widzę czegokolwiek co potwierdza, iż zamach spowodował pojawienie się szczątków na Siewiernym.
To, że zapisy z FMS/TAWS się urywają to oznacza, że ... i tu zaczynają się już tylko domysły prowadzące do scenariuszy które opisałem, a które wiodą do nikąd.
I na koniec przydługiego komentarza jeszcze jedna uwaga.
Można badać naukowo materiał który się posiada, np. DNA, odciski, stan urządzeń, zapisy elektroniczne różnych nośników i wyciągać wnioski.
Wnioski będą prawdziwe wówczas jeżeli wiemy, że materiały które badamy zostały właściwie pobrane, że śledczy byli przy tym, że zabezpieczono je prawidłowo, że protokoły zostały podpisane przez obie strony, że uczestniczyliśmy w badaniach na każdym etapie. Proszę prześledzić drogę TAWS/FMS/VCR/FDR od rozbitego samolotu do stołów laboratoryjnych. Czy możemy powiedzieć, że znamy ją dokładnie bez żadnych luk? Nie!!!
PS. Raport Millera=Raport MAK=śmieć. Masz jakieś wątpliwości?
Ale tu:
"To, że zapisy z FMS/TAWS się urywają to oznacza, że ... i tu zaczynają się już tylko domysły prowadzące do scenariuszy które opisałem, a które wiodą do nikąd."
jest jakaś myśl.
Dlatego trzeba zrekonstruować dokładnie co się działo z samolotem - co mam nadzieję uda się Zespołowi i współpracującym zespołom.
Zaprzeczanie wszystkiemu i podważanie wiarygodności wszystkiego nie prowadzi do nikąd. Są metody i możliwości weryfikacji dowodów i jak sądzę są one wykorzystywane, a czas pokaże jak to będzie dalej...
http://niezalezna.pl/uploads/resize/remote/c5ed127b7a13e2bae6a3a60a3afc3aee-528x510.png
i jednocześnie że wioski 1-4 są absurdale. Jest już późno i chyba z wnioskowaniem coś nie wporządku.
Zaprzeczam według Ciebie wszystkiemu, czyli konkretnie czemu?
Napewno zaprzeczam teorii zamachu nad Siewiernym tak jak Ty nie przyjmujesz teorii 2M. Według mnie jest więcej poszlak wskazujących na 2M niż na Zamach. Bo tylko o poszlakach w obu przypadkach obecnie możemy mówić.
Mam wrażenie, że nie rozumiesz, że nie mamy żadnego dostępu do ważnych dowodów (i tak właśnie powinno to wyglądać w dobrze prowadzonym postępowaniu przygotowawczym), medialna papka informacyjna może być interpretowana tak, lub inaczej, a to co ludzie zeznający jako świadkowie mówią do kamery najczęściej ma się nijak do tego co zeznają, bo to jest potencjalna ścieżka dotarcia do nowych dowodów.
Stwierdzenia, że nie było hałasu, czy że nie ma śladów na ziemi, czy że nie można strącić samolotu we mgle jak dla mnie są pozbawione sensu, dziwne sprawy najczęściej wychodzą od tzw. "świadków" medialnych w jakimś tam określonym, a nam nieznanym póki co celu...
Ja dlatego co prawda odnotowuję je, ale uważam z wyciąganiem na takich podstawach wniosków.
"Dowody oszukańczej inscenizacji - ręcznego ułożenia -podrzuconych fragmentów wraku samolotu TU-154M."
I przemyśl je sobie parokrotnie i przeanalizuj :) ;-)
Znam to opracowanie i akurat nie przekonuje mnie, to raz, a dwa, że pewne jest, że niektóre elementy były przesuwane, ale uważam, ze w innym celu. W celu pozornej zmiany kierunku dobiegu.
Zdanie o którym mówisz można analizować - ok, np. oszukańcza inscenizacja versus nie oszukańcza inscenizacja itd. Można też analizować zdjęcia i położenie szczątków co jest ciekawszym i sensowniejszym zajęciem.
Co Cię nie przekonuje w tej analizie? Proszę przedstaw swoją interpretacją rozkładu części. Może mam już skrzywione postrzeganie.
Fakty nie mogą się zmienić - chyba, że masz swoistą definicję faktów, ale wtedy proszę ją przedstawić. Np. faktem jest niespójność relacji wielu świadków, faktem jest brak przesłuchań przez prokuraturę świadków. I należy to analizować i wyciągać wnioski.
"... nie rozumiesz, że nie mamy żadnego dostępu do ważnych dowodów...". Przecież napisałem o poszlakach!
Moje przekonanie o 2M wynika z wielkiej ilości poszlak za tym.
Brak dowodów dotyczy i Ciebie.
Chyba że wiesz o czymś co nie jest publicznie dostępne i z jakiś powodów nie możesz/nie chcesz tego ujawnić. Zakładam też taki wariant.
Brak dostępu do dowodów świadczy, że nie był to wypadek - tu się zgadzamy w 100%, nieprawdaż?
Przedstawiłem 4 warianty spowodowania upadku samolotu z którymi nie ma co dyskutować. Jest jeszcze jeden - błąd pilotów (zamierzony lub nie), ale nie biorę go pod uwagę. Możesz się nie zgadzać z moją oceną "niemożliwe" - ok, no to przedstaw swój scenariusz zamachowy abym mógł się do nigo odnieść. Chyba, że nie ma takiego scenariusza a jest tylko zamrożony FMS i duży znak zapytania.
No to wie nawet dziecko - dorosły zadaje sobie po jakimś czasie pytanie czy w tym szaleństwie nie tkwi metoda. Głupotą nie wszystko mozna objasnić. Konsekwentna głupota przestaje być głupotą.
Co do różnić miedzy medialnymi wystepami, przekazami z telewziora. Magdalena Merta mówi tu o ZEZNANIACH. MM wyraża się zawsze precyzyjnie. Dwukrotnie zaznacza że to "zeznania":
https://picasaweb.google.com/115545907835495457471/INNE#5654092734348864834
W tym kontekście nieprzyjemnosci jakie dotkneły załoge Jaka ze strony organów państwa Donalda Tuska wydają sie bardziej zrozumiałe. Potencjalni przestepcy zeznali o wybuchach - potencjalni zupełnie wystarczy. Trzeba im odebrać wiarygodnosc.
---------
"faktem jest brak przesłuchań przez prokuraturę świadków."
- Nie, to nie jest fakt. To jest tzw. fakt medialny, a jak wiadomo rola mediów w postępowaniu na tę skalę jest ściśle określona i należy zachować ostrożność w wyciąganiu wniosków na tej podstawie.
O faktach dowiemy się najwcześniej po zamknięciu postępowania przygotowawczego i nie wcześniej. Zatem fakty się nie zmieniają, ale wyobrażenie o nich przybiera różne dziwaczne formy:)
--------
"Brak dostępu do dowodów świadczy, że nie był to wypadek - tu się zgadzamy w 100%, nieprawdaż?"
- O ile też nie mam wątpliwości, że przyczyny "wypadku" nie były losowe, to nie wywodzę tego z braku dostępu do dowodów. To akurat może być skutkiem prawidłowo prowadzonego postępowania (choć nie musi). Sztuka polega na tym, żeby nie dać sprawcom sprzężenia zwrotnego i żadnej wiedzy co do zgromadzonych dowodów, a stworzyć iluzję, tzw. rzeczywistość równoległą, na podstawie której co poniektórzy zaczną nierozważnie budować wnioski ;-)
W kontekście tej rekonstrukcji tego co spadło i dziwnych przygód osób które zeznały że słyszały wybuch.
Wczoraj podano ze wszczeto sledztwo wobec funkcjonariuszy BOR (napisano ze chodzi o funkcjonariuszy bo przecie nie o świezo ubronkowanego orderem gen Janickiego). Okazuje sie że śledztwo tyczy tych BOR-owców którzy byli w Katyniu. Podobno nie zachowali sie własciwie.
A wiadomo że po przybyciu z Katynia robili tyle ile mogli. Pomagali w identyfikacjach, zrobili wartę przy ciele prezydenta, nie pozwoli go Rosjanom dotykać. No ale robili cos jeszcze. Robili zdjęcia.
Jeśli te zdjęcia okaża się dowodem przy okazji badań nad natura rozpadu powtórzy sie scenariusz ten sam co z pilotami JAKA-40. Świadków trzeba przedstawić w takim świetle by odbiorca uznał iz wszyscy kłamia, prawda jest niemożliwa do ustalenia
Ano właśnie. Z samolotem, w którym znajdował się Prezydent Lech Kaczyński, dodam.
"Proponowanie zaprzestania tych analiz, które robi na przykład Zespół dlatego, że coś tam "czujesz" jest kompletnie bez sensu"
Czy ja gdziekolwiek i kiedykolwiek coś takiego proponowałem? Od siebie dodam, że wręcz przeciwnie, uważam, że należy prowadzić znacznie szersze badania, a to, co do tej pory ustalił ZP jest jak najbardziej zgodne z tym, co zakładam. ZP stwierdził mianowicie, że:
1. polski samolot nie stracił skrzydła od uderzenia w słynną brzozę
2. prawdopodobne w ogóle nie miał z tą brzozą kontaktu
3. delegacja zginęła najprawdopodobniej na skutek zamachu
Podpisuję się pod tymi tezami. Uważam jednak, że jest wysoce prawdopodobne, że do zamachu nie doszło pod smoleńskim płotem.
Więc metoda jest trafna, a badania idą pełną parą. Zobaczymy.
1. odpada skrzydło, samolot ześlizguje się w lewym przechyle w dół.
2. zamrożenie FMS i linie rozbieżne upadających szczątków kilkadziesiąt metrów przed przyziemieniem.
3. "mały słup ognia", który pozostawił kraterek w końcowej fazie linii posuwu szczątków po ziemi.
Oskarżenie pani Merty z paragrafów o ujawnienie czegoś najbardziej strzeżonego z akt śledztwa, sledztwa które zapowiadano nam że będzie transparentne, byłoby skandalem którego nikt nie będzie szukał. Gdyż przy okazji nagłosniłoby to te niepożądane wybuchy.
Jako laikowi trochę nie miesci mi się w głowie że można odtworzyć proces rozpadu samolotu. Dzis zapewne wszystko mozna ale wg mnie wiąże się to z takim ogromem prac, symulacji, iz to praca na lata.
OK. Niech ZP robi swoje. Mam nadzieję, że moje dociekania nie szkodzą jego działaniom. :)
Ważne jest to co świadkowie mówią prokuratorom, a nie do telewizji, czy do Raportu Millera.
nie rozumiem,
jaka różnica gdzie spadnie?, kontrolują cały teren aż do Kamczatki.
Znając sowietów poświeciliby nawet ludzi i kilka budynków mieszkalnych.
Cale to "wyjaśnianie" przyczyn katastrofy przypomina mi instrukcje opisana przez George Orwella „Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość.”
Stwierdzenie, że zeznania do RM są tak samo istotne jak wypowiedzi do TV jest dosyć ciekawe.
Kto tu jest Konradem Walenrodem: Prokuratura, Komisja Millera, czy może jeszcze ktoś inny? :))
10:42:42: NO: Przeszedł obok radiolatarni?
10:42:45: NO: Już, przeleciał obok bliższej radiolatarni, bardziej po lewej… obok drogi, gdzieś.
10:42:48: KL: PLF, 101
10:42:49: Juin: Obok bliższej spadł, bardziej na lewo przy drodze.
Co jeszcze ciekawe, wiedzieli od razu o ktorej "spadl" samolot, a zarowno i Polacy i rosjanie klamali, ze katastrofa nastapila o 10.56
http://zascianek.salon24.pl/374336,towarzyszu-generale-podchodzi-do-trawersu-wszystko-wlaczone
polecam Kisielowi te notke, naprawde ciekawa.
Naprawdę nie kpię, ciekawi mnie to.
Tommy Lee wciąż przygląda sie drzewom nad autokomisem. I wychodzi mu że prócz samolotu musiało nad nimi przetoczyć sie coś czego natury jeszcze nie rozumiemy.
"(...)Przy przechyleniu około -35°, po pokonaniu około 80 m od chwili utraty fragmentu lewego skrzydła samolot przeleciał nad linią energetyczną średniego napięcia, powodując jej uszkodzenie (rys. 9). Niewykluczone, że linia energetyczna została zerwana nie bezpośrednio przez samolot, ale przez konary drzew odłamanych kilkanaście metrów wcześniej i przemieszczonych zgodnie z kierunkiem lotu samolotu."
- BELETRYSTYKA pod założoną tezę...
Opisane to jest w notce "Arcyboleśnie prosta sprawa" (cz. 1 i 2)
W części 2 jest o geometrii śladów - zerknij.
Jeżeli się interesujesz tym co opisałaś w notce, to zerknij tu:
Specnaz:
http://el.ohido.siluro.salon24.pl/212843,
Generał:
http://el.ohido.siluro.salon24.pl/270289,na-drugi-krag-odchodzic-zaczal-potem-przepadl
Już mi sie podoba. Przerwałem lekturę by tylko to napisać.
Prawym kątem oka dostrzegłem datę tej notki. A na lewe widze chyba gorzej.
Film zlikwidowali na Jutubie, ale pewnie gdzieś się znajdzie.. ;)
Z pewnością, zwłaszcza występując o odebranie imunitetu Macierewiczowi.
Czy Ty aby na pewno znasz polskie realia?
Cóż możemy zrobić :(
Znając sowietów poświeciliby nawet ludzi i kilka budynków mieszkalnych."
Tyle tylko, że ponoć spadł na polanie kilka metrów od płotu smoleńskiego lotniska. Bardzo grzecznie zresztą. Spora część kadłuba elegancko oparta o mizerne krzaczki (nawet gniazdo z nich nie spadło), kilkunastotonowe stalowe zbrojenie delikatnie osiadło na miękkim gruncie, nie ryjąc podłoża. Nigdzie na szczątkach śladu ognia, szczątki ofiar skupione ponoć w miejscu, gdzie płonęło ognisko. Na filmie Wiśniewskiego słychać śpiew ptaków o poranku. Ruskie się śmieją, jeden pali cigareta w oparach paliwa. Po prostu sielanka, gdyby nie to, że DZIEWIĘĆDZIESIĘIU SZEŚCIU NASZYCH RODAKÓW NIE ŻYJE.
Tak czesc Rosjan sie smiala, ale duzo przychodzilo i przynosilo kwiaty.
19. Śpiew ptakow (wyraźnie słyszalna zięba) na filmach kręconych tuż po zdarzeniu: S.Wisniewskiego (przedstawianego w rosyjskiej tv jako Śliwinski) i w "filmie Koli" - upadek 90 ton i huk tym spowodowany powinien wypłoszyć ptaki.
Nie wiem na podstawie jakich danych sformułowano ten punkt. Pamiętam natomiast, że rozpoznawałem głosy ptaków na filmiku i opisałem u FYM-a. Ale wtedy chodziło raczej o datę powstania filmu. Wg mnie ten zestaw głosów odpowiadał porze.
Jednak obecność/brak ptaków nie jest mocnym argumentem w stawianiu hipotez. Przed okresem lęgowym nie przywiązują się do określonych miejsc. A więc mogły w międzyczasie przylecieć, i to z daleka (początek kwietnia to okres intensywnych wędrówek).
Z drugiej strony zięba śpiewa już pełną zwrotkę. Dowodzi to, że w tamtym rejonie przylot nastąpił na przełomie marca/kwietnia. Dla samców tego gatunku jest bowiem rzeczą charakterystyczną kilkudniowa "nauka śpiewu" po przybyciu na tereny lęgowe.
pozdrawiam
Z LORNETKĄ WŚRÓD...BLOGERÓW1404771 | 28.07.2011 15:54
link nadużycie odpowiedz
Syfon ciekawa postac napisal dwie notki i jak na zamowienie walil w A Macierewicza.
26.08.2011 01:43
@Free Your Mind 22:35
Robota blogera lordJim bardzo dobra. Te suche buty na mokradłach:-).
Lektura Pańskiego bloga to lektura obowiązkowa dla mnie i dla mojej rodziny.
Pozdrawiam
FREE YOUR MIND: Witebsk, Mińsk
lektura bloga obowiazkowa dla rodziny, to jest dobre.
Zgadzam się! Gini to metoda na "rympał", KANO na "obrażonego naukowca", El Ohido czasami udaje nierozgarniętego ("... dajmy czas prokuraturz i zaufajmy jej...").
Ich przywiązanie do narracji ZP i AM na początku nie budziło żadnego podejrzenia - ok popierają jakiś kierunek. Ale teraz to jest wścieklizna. W czym my biedne żuczki im przeszkadzamy. Przcież media głównego ścieku mocno wdrukowują w zbiorową świadomość odpowiednie widzenie sprawy.
Najśmieszniejsze było stwierdzenie: "fymowcy to agenci, zagubieni lub debile i ona próbowała zagubionych oświecić ale zrezygnowała bo to bezowocne...".
Pozdrawiam agentów i zagubionych na tym blogu. Debile są tu banowani.
PIKO0292 | 23.12.2011 13:41
Co do oçswiecania zagubionych tu sie myli pan piko, bo pare osob udalo sie oswiecic.
Papa Lima Foxtrot 101 - Instrument - Military
Warto to przypomieć.
Pozdrawiam