Zabobon tak zwanych wyborczych jedynek, staje się coraz bardziej niebezpieczny dla demokracji. Wybory wygrywają zazwyczaj pierwsi na listach, ale o tym - kto ma być pierwszy - decydują arbitralnie partyjni liderzy, a w najlepszym przypadku wąskie polityczne środowiska. Sam akt głosowania jest demokratyczny, jednak desygnowanie kandydatów na listy wraz z całą procedurą prowadzenia kampanii wyborczej, już dużo mniej. Głosy oddane na jedynki, to wbrew powszechnemu przekonaniu wcale nie najbardziej świadomy, przemyślany wybór, lecz zwykła statystyczna prawidłowość, a często nawet przypadek. Zakreślenie krzyżyka przy nazwisku pierwszego-lepszego kandydata - nie tylko, że pozwala zaoszczędzić na czasie, ale przede wszystkim zwalnia z myślenia... Mechanizm ten zastąpił praktykę zlikwidowanej niegdyś listy krajowej, gdzie centralni przywódcy dobierali sobie sami parlamentarną reprezentację.
Wojciech Olejniczak z Łodzi do Warszawy, Adam Bielan z Małopolski na Mazowsze, Ryszard Czarnecki z Dolnego Śląska na Kujawsko-Pomorskie, Joanna Senyszyn z Gdyni do Krakowa, Konrad Szymański z Wrocławia do Poznania, itd., itd. Jednym słowem wyborcza turystyka trwa i święci ogromne sukcesy. Wystarczy tylko umieścić konkretnego działacza na pierwszym miejscu, określonej listy wyborczej i ma już on prawie stuprocentowe szanse na zdobycie parlamentarnego mandatu. Wszystko inne przestaje być ważne. Obojętne jest, bowiem gdzie osoba pretendująca do danej funkcji mieszka, gdzie pracuje, czym się zajmuje, jakie posiada kwalifikacje, wykształcenie, doświadczenia, sukcesy, czym się wyróżnia, jaką posiada osobowość. Wszystko to staje się mniej ważne. Rozstrzygające znaczenie stanowi zaś statystyczna prawidłowość, rachunek prawdopodobieństwa, partyjna hierarchia, a przede wszystkim kolejność na liście. Jeżeli w poszczególnych okręgach mandaty zdołały zdobyć osoby tam nieurodzone, niemieszkające i niepracujące na codzień, to oznaczać może to tylko jedno - że jest to najbardziej nieświadomy, a także przypadkowy wybór. Głosuje się nie na konkretne nazwisko, lecz na nazwisko piewrsze w kolejności. Nie na danego człowieka, lecz na nadany mu przez partyjną górę numer. O tym zaś kto dostąpi zaszczytu bycia pierwszym na liście, przesądza nie popularność wśród partyjnych mas, poparcie szeregowych członków poszczególnych ugrupowań, czy wewnątrzorganizacyjne prawybory tylko wola centralnych liderów. Dlatego, to taki niedemokratyczny wybór.
Donald Tusk, Jarosław Kaczyński, czy Grzegorz Napieralski - po prostu biorą długopis lub wieczne pióro do ręki, siadają wygodnie przy stole i coś zaczynają kreślić. Jednych umieszczają na najwyższych premiowanych pozycjach, innych przesuwają do przodu, bądź tyłu, a jeszcze innych w ogóle skreślają. Przy czym wiodącego znaczenia - przy podejmowaniu takich, a nie innych rozstrzygnięć - nabiera wcale nie błyskotliwość polityczna określonych kandydatów, ich przygotowanie merytoryczne, czy kreatywność, lecz lojalność wobec partyjnego przywódcy, centralnego dworu, upośledzająca wręcz spolegliwość, albo zasobność prywatnego portfela, bądź - co jeszcze gorsze - poparcie sponsorów. W politycznej nomenklaturze postępowanie takie nazywa się "układaniem list". Już sama, więc semiotyka tego terminu wskazuje na patologiczny oraz antydemokratyczny kontekst całej tej procedury. Typowanie pierwszych na liście, to swego rodzaju sposób na instruowanie wyborców przez centralnych partyjnych liderów, a mówiąc innymi słowy "rzucanie magicznego zaklęcia" do elektoratu poszczególnych ugrupowań, w stylu - "macie poprzeć tego, a nie tego!"
Z kolei sam akt głosowania stanowi już czystą formalność i posiada on charakter o wiele bardziej rytualny niż racjonalny. Wyborcze jedynki zazwyczaj wygrywają, gdyż przemawia za tym ogromna społeczna nieświadomość, prosta matematyczna statystyka oraz rachunek prawdopodobieństwa. W niewielkim uproszczeniu wygląda, to mniej więcej w następujący sposób. - Na partyjnych kartach do głosowania znajdują się kandydaci lokalni, znani dobrze tylko na pewnym obszarze danego okręgu wyborczego, a także bardziej globalni - uchodzący za powszechnie identyfikowalnych. W rzeczywistości, jednak poziom społecznej rozpoznawalności, osób postrzeganych jako kandydatów globalnych, jest w dużym stopniu mniejszy niż się w różnego rodzaju kalkulacjach zakłada i przyjmuje. Adam Bielan - nie jest przecież znany w każdej wsi na mazowszu, Ryszard Czarnecki - w kujawsko-pomorskim, Konrad Szymański - w wielkopolsce, a Joanna Senyszyn - w małopolsce. Ich popularność jest grubo przesadzona, a poza tym przecież - nie każdy pierwszy na liście, to polityk z czołówek programów informacyjnych, kolorowych okładek gazet, czy tak zwana medialna osobowość. Dlatego w socjologicznej analizie o wiele lepiej dokonać typologicznego rozróżnienia na kandydatów lokalnych oraz wyborcze jedynki. Zastosowanie takich kategorii porównawczych, lepiej ilustruje sytuację, jest bardziej realne, a także bliższe rzeczywistości.
Kandydaci lokalni są zazwyczaj dobrze identyfikowani, a poziom ich społecznej rozpoznawalności jest bardzo duży, ale tylko na pewnym lokalnym obszarze terytorialnym. Głosowanie na nich ma więc, w przeważającej mierze przestrzennie ograniczony, ale świadomy oraz racjonalny charakter. Głosują na nich przede wszystkim Ci, którzy ich znają i popierają. Tymczasem, tak zwane wyborcze jedynki - zdobywają najczęściej równomierne poparcie wyborców, w skali określonego wyborczego okręgu, ale głosowanie na nie - nie jest już w takim stopniu przemyślane, świadome oraz racjonalne. Decydujące znaczenia posiadają tu niejednokrotnie czynniki rytualne, dzałające według zasady - głosuję na pierwszego, bo tak jest najłatwiej, najwygodniej, albo gdyż nie wiem na kogo personalnie oddać swój głos. Skreślenie pierwszego, lepszego nazwiska na górze wyborczej listy - nie tylko oszczędza czas, ale przede wszystkim zwalnia z myślenia. Dlatego jest, to bardzo często wybór rytualny i przypadkowy.
Ordynacja wyborcza konstytuuje praktykę, iż głosowanie odbywa się na wielkich wyodrębnionych przestrzeniach. Dla przykładu w okręgu, w którym znajduje się aż trzy tysiące obwodowych komisji wyborczych - wystarczy, w każdym takim małym punkcie zdobyć po dwadzieścia głosów i już ma się pewny parlamentarny mandat, a przecież niezorientowanych wyborców są całe setki. Reguły te nie posiadają zastosowania tylko, w przypadku osób powszechnie znanych, o bardzo dużej oraz ogólnokrajowej rozpoznawalności, gdzie dokonywany przez wyborców, w takich sytuacjach akt głosowania - jest świadomy, a także racjonalny; jak również podczas wyborów samorządowych w małych, prowincjonalnych ośrodkach, gdzie kolejność na liście nie odgrywa właściwie żadnego, a już na pewno decydującego znaczenia.
Zabobon wyborczych jedynek jest szkodliwy, ale przede wszystkim groźny dla demokracji, nie tylko z powodu samego mechanizmu głosowania, lecz w największym stopniu niedemokratycznego sposobu ustalania miejsc na listach i patologicznej, wręcz kryminogennej praktyki prowadzenia kampanii wyborczej. Ostre słowa posłanki PiS-u Jolanty Szczypińskiej, iż (...) "To była jedna z najgorszych i najbardziej egoistycznych kampanii wyborczych, w jakich brałam udział" (...) - są na pewno, w jakiejś mierze rezultatem powyborczej frustracji, ale niezależnie od tego faktu - wyjątkowo trafnie opisują wyborczą rzeczywistość - nie tylko tej, zakończonej właśnie kampanii do Europarlamentu, ale każdej innej. W ferworze różnego rodzaju promocyjnych poczynań - partyjne jedynki posiadają właściwie monopol na wszystko, a dostęp do środków masowego przekazu stał się bardzo niesymetryczny. Na drogich, ale za to bardzo dobrze widocznych ulicznych bilbordach, umieszcza się tylko podobizny jedynek - witające się, bądź stojące ramię w ramię z centralnym, partyjnym liderem; na spotkaniach z wyborcami mogą zabierać głos tylko jedynki; do prestiżowych medialnych debat zaprasza się tylko jedynki; największe limity finansowe, na prowadzenie kampanii otrzymują jedynki. Tymczasem podstawową regułą wszelkiej demokratycznej rywalizacji, powinna być równość. Czy w dobie powszechnego forsowania, tak zwanych wyborczych jedynek, ta równość nie została przypadkiem poważnie zachwiana?! Wiele do myślenia daje wypowiedź przewodniczącego Zarządu Głównego Prawa i Sprawiedliwości - Joachima Brudzińskiego. Na sensowne pytanie jednego z dzennikarzy - dlaczego jego partia "grała"tylko na pierwszych na listach, odpowiedział retorycznie: - (...) "A na kogo mieliśmy grać, na ostatnich" (...)Prawidłowa odpowiedź powinna zaś brzmieć: - na wszystkich równo, uczciwie i sprawiedliwie. Jednak w innych ugrupowaniach jest dokładnie tak samo - o ile nie jeszcze gorzej.
Zabobon wyborczych jedynek, przypomina wiernie inny znany z historii wyborczy zabobon - tak zwanej listy krajowej. Tam też centralni, partyjni przywódcy - typowali sobie arbitralnie najwierniejszych ludzi do parlamentu. Tamten mechanizm miał, jednak o wiele bardziej patologiczne cechy, gdyż mandat można było uzyskać, nawet przy czysto hipotetycznym założeniu, iż otrzyma się zaledwie jeden głos. W przypadku wyborczych jedynek, jest to na szczęście niemożliwe, gdyż należy zdobyć najwięcej spośród wszystkich innych kandydatów głosów na liście . Problem polega jednak na tym, iż sam sposób oddawania tych głosów jest bardziej rytualny niż racjonalny, automatyczny niż świadomy i przypadkowy niż zaplanowany. Jedną z najbardziej chyba spektakularnych osobliwości wyborów z 4 czerwca 1989 roku, których niedawno obchodziliśmy dwudziestą rocznicę było bezlitosne rozprawienie się ze wskazaną przez komunistycznych, PRL-owskich dygnitarzy listą krajową, odrzucenie wszystkich wytypowanych tam nazwisk i wyrzucenie jej do śmietnika historii. Ostatecznie w 2001 roku, taki mechanizm głosowania został zlikwidowany. Arbitralne typowanie, a następnie natarczywe forsowanie wyborczych jedynek, to w jakimś sensie pozostałość dawnego systemu oraz starych centralistycznych przyzwyczajeń, która ma w dodatku niewiele wspólnego z zasadami równości i demokracji. Pytanie jest zasadnicze - czy po dwudziestu latach demokratycznych przemian nie powinniśmy, tego szkodliwego i antydemokratycznego mechanizmu po prostu zlikwidować, w podobny sposób, jak zrobili to ojcowie naszej demokracji, wolności oraz niepodległości z listą krajową?!
Romano Manka-Wlodarczyk

A przecież zapowiadano nam w kampanii: jak najwięcej władzy oddamy samorządowcom. Jak dotychczas samorządy otrzymały przede wszystkim długi szpitali i obowiązek finansowania z własnych środków zadań, które dotychczas były obowiązkiem centrali.
pozdrawiam serdecznie
Cymanski z 5 wynikiem dostaje się do EP bo PiS ma drugi wynik w Polsce.
Trzeci Kozłowski z PO ma około 60.000 Cymański 40.000 .
Senyszym dawno to już sobie policzyła , wybrała okręg gdzie miała szansę .
Cwana .
Ja się do synostwa tych "ojców" nie przyznaję. To co spłodzili owi "ojcowie" to nie demokracja, a rodzaj mediokracji i kapitalizmu kompradorskiego jak określają "toto" jedni(Michalkiewicz), lub kapitalizmu politycznego, jak chcą to nazywać inni(Pani prof. Staniszkis).
A, tytułowa "Magia wyborczych jedynek..." to jedno z narzędzi macherów tej "demokracji", coby zahipnotyzowani sztuczkami tych politycznych prestidigatorów wyborcy żyli w złudnym przekonaniu, że mają wpływ na to, kogo wybierają.
Czas wstać z kolan, bo spodnie się poprzecierają do cna, przestać używać tych słów górnolotnych o "ojcach", o "demokracji", uważnie obserwować i dokonywać logicznych analiz oraz formułować konstruktywne wnioski odnośnie sposobów zmiany tego patologicznego układu w jaki nas ci "ojcowie" wmanipulowali, a przede wszystkim działać. Pojawia się coraz więcej pomysłów, trzeba wspierać najlepsze, bo istniejące układy będą dążyć do utrzymania status quo, bo to jest w ich interesie.
Trwają zabiegi w USA i w UE aby ludziom utrudnić komunikację międzyludzką(projekty odpowiednich aktów prawnych), a we Francji, która w UE przoduje w forsowaniu tych przepisów, Zgromadzenie Narodowe uchwaliło już nowe prawo(ustawa Hadopi)i już są jego pierwsze restrykcyjne działania .
Popieram Pana. Przynoszenie kandydatów "w teczkach" jest zaprzeczeniem deklaracji składanych przez PO. To widać na przykładzie choćby Lubelszczyzny, gdzie europoseł, ceniony i szanowany Prof. Zaleski przegrał ze spadochroniarzem (pardon! - spadochroniarką). Ale co tam, najważniejsze, że PiS ma o jednego posła mniej, Kaczyński kłóci się z Ziobrą, a Cugier-Kotka pobiła się sama.
p.s. nie jestem zwolennikiem PO.
pozdrawiam
Co pan nie powie, przeciez wiekszosc liczacych sie partii w Niemczech wystawila jedynie listy krajowe swoich kandydatow do Europarlametu, to ma byc nieglosowanie w ciemno na pierwszego?
http://www.bundeswahlleiter.de/de/europawahlen/EU_BUND_09/wahlbewerber/partei_listenplatz/
i sympatyczny artykul z TAZ:
http://www.taz.de/regional/berlin/aktuell/artikel/1/zittern-um-europaeische-zehntel/
Nie wiem, co to znaczy "automatycznie", ale nie moge oprzeć się wrażeniu, że i tak "jedynki" miały statystycznie więcej głosów, niż "czwórki", prawda?
Obawiam sie, ze nie patrzy pan szerzej, tylko przed zabraniem sie za pisanie tego tekstu, nie raczyl sie pan nawet zorietowac jak wyglada ordynacja wyborcza do Europarlamentu w Niemczech- swiadcza o tym pana komentarze pod postem.
Powtorze za dziennikarzem artykulu w "TAZ": "Sie sind sonst so abstrakt und fern, die Europawahlen. Keine Wahlkreise, keine Direktkandidaten, nur vorwiegend bundesweite Listen."
http://roma.salon24.pl/109422,lapali-wiatr-historii-w-polskie-zagle
Taki umyślny fałsz jest dobry jako prowokacja, ale obnaża pańska wiodąca cechę dziennikarstwa: "Inni piszą poprawnie i rzetelnie, ale ja pozostanę przy swoim."
Zarzuca mi Pan, że ja mylę sposób ustalania partyjnych list wyborczych z systemem wyborczym. Tymczasem ja doskonale wiem, jaka jest tu różnica, bowiem prowadzę w tej dziedzinie badania od wielu lat i posiadam wiele cennych i zweryfikowanych obserwacji. W sferze sposobu ustalania partyjnych list wyborczych opowiadam się za demokratycznymi, oddolnymi oraz decentralistycznymi mechanizmami (takimi jak np. wewnątrzpartyjne prawybory), zaś w sferze systemu wyborczego za jego przejrzystością oraz uproszczeniem. Przy czym nie przesądzam, iż ma to być system nieproporcjonalny. Obecny system wynorczy tworzy olbrzymie okręgi wyborcze. Głosowanie odbywa się na wielkich przestrzeniach. W takich warunkach np. w okręgu wielkopolskim kandydaci na dalszych miejscach z Leszna otrzymają głosy w Lesznie, ale już w Kaliszu, Gnieźnie, czy Pile nikt na nich nie zagłosuje i na odwrót. Tymczasem kandydaci z pierwszych miejsc (mimo, iż najczęściej nikt ich nie zna) zgarniają wszędzie na obszarze całego okręgu równomiernie głosy przypadkowe od osób, które personalnie nie wiedzą na kogo oddać swój głos i to jest właśnie największy kapitał wyborczych jedynek. W polskim systemie wyborczym stosuje się zasadę tak zwanej podwójnej obsady mandatów, przypadających w danym okręgu. Dla przykładu w okręgu, w którym jest do zdobycia 20 mandatów każda partia może wystawić po 40 kandydatów na liście. Powoduje to, iż w trakcie głosowania otrzymujemy grube książki: Wyborcom na ogół nawet się nie chce tego wszystkiego przeglądać, a więc głosują na pierwszego lepszego kandydata - najczęściej pierwszego na liście. Ja to zazywam głosowaniem nieświadomym, mechanicznym i rytualnym, gdyż to nie jest głosowanie przemyślane, świadome i racjonalne. Na tym polega przewaga tak zwanych partyjnych jedynek i cały ten wyborczy przekręt! Pisze Pan, iż nawet jeżeli kolejność na liście będą ustalali oddolnie członkowie danej parti, to wyborcy i tak będą głosować na wyborcze jedynki. Nawet gdyby tak było, to jednak wówczas głosowanie będzie przebiegać wg. schematu oddającego demokratyczną wolę większości członków określonej partii politycznej na danym terenie, a nie tylko wolę centralnego partyjnego lidera, który zazwyczaj nie zna specyfiki danego terenu i jego problemów, nie może więc wiedzieć kto te problemy będzie najlepiej rozwiązywał oraz najlepiej reprezentował wyborców. Proszę powiedzieć - dlaczego lider z Warszawy ma decydować o tym, kto będzie reprezentował wyborców w Gdańsku?! Jednak Pański pogląd, iż partyjne jedynki zawsze będą wygrywały, również wtedy gdy o kolejności na liście będą decydowały w demokratyczny sposób partyjne doły, nie musi być wcale prawdziwy. Wystarczy, bowiem zmniejszyć okręgi wyborcze, a taże zmniejszyć maksymalną liczbę zgłaszanych przez poszczególne partie kandydatów, tylko do tzw. pojedyńczego pokrycia i już sytuacja stanie się o wiele bardziej czytelna, a wybory przejrzyste oraz jasne, proste i czytelne. Wówczas wyborcy nie będą skazani na głosowanie na kolejność nazwisk, lecz na konkretny osoby, spośród zaproponowanych przez daną partię kandydatów. W mniejszych okręgach i przy mniejszej liczbie kandydatów - osoby kandydujące będą po prostu o wiele bardziej rozpoznawalne oraz identyfikowalne. Wyborcy będą posiadali o wiele większe szanse ich rozpoznawania, jak również identyfikowania - poznawania ich osobowości i programów, a wówczas poważnie wzrośnie znaczenie jakości kandydata, a przede wszystkim kolejność na listach będzie odgrywać mniejsze znaczenie i wyrównają się szanse. Nie bez znaczenia jest też - tak wydawać by się mogło banalny czynnik - jak zaprojektowanie kart do głosowania oraz rozmieszczenie nazwisk na liście - czy zostaną one rozmieszczone pionowo, czy poziomo. Czynników jest bardzo wiele...
Na koniec - pisze Pan, iż o tym czy dane wybory są demokratyczne decyduje ich powszechność. Powiem Panu, że mi się chce śmiać z takich argumentów. W PRL-u, bowiem wszystkie wybory były powszechne. Frekwencja była ogromnie wysoka. Czy oznacza, to jednak, że były to wybory demokratyczne?! Niech Pan to wszystko sobie jeszcze raz przemyśli!
Inicjatywy "w poprzek" tej logice nie mają sensu. Spójrzcie choćby na www.3.pomorze.pl
A demokratyczne/niedemokratyczne układanie smaych list to sprawa partii, które są lub nie są demokratyczne.
Nota bene ciekaw jestem, ile głosów by dostał Donald Tusk, startując z pozycji 2 na liście PO na Górnym Śląsku? A ile z pozycji nr 1?
:)
"Przykre, ze nie przemawiają do Pana ani fakty świadczące o pańskich błędach, ani tez zdrowy rozsadek. Jalowa polemika kończąca się na "ja pozostane przy swoim, bo jetem odporny na fakty i argumenty" nie prowadzi do celu(zakładam ze ma Pan jakiś cel publikując w S24)"
To źle Pan zakładu. Zdanie, które mi Pan przypisuje w takiej formie jak Pan to zamieścił ja nie napisałem. Paza tym dyskusja z Panem staje się dla mnie męcząca, gdyż to Pan jest wyjądkowo odporny na argumenty, a Pana sposób myślenia jest najwyraźniej zdominowany prze różnego rodzaju spiskowe teorie dziejów. Nie mam żadnego interesu, aby publikować w Salonie24. Robię to, bo po prostu bardzo lubię i kocham uprawiać publicystykę. Poza tym - każdy ma prawo do posiadania oraz wyrażania swoich poglądów. A z tego, co widzę po Pańskich komentarzach, to ludzie Pańskiego pokroju by mi to prawo odebrali. Od wszystkich wymaga Pan, aby myśleli tak jak Pan. To jest po prostu chore! Męczy mnie Pan, ale szczerze dziękuję za dyskusję oraz komentarze. Serdecznie pozdrawiam!
A na koniec jeszcze jedno - zarzuca mi Pan, że ja piszę MUNSTER a nie MONASTYR i doradza, abym to zmienił. A dlaczego, w takim razie Pan pisze MIROSLAW a nie po polsku MIROSŁAW. Niech Pan w pierwszej kolejności zmieni MIROSLAW na MIROSŁAW i nie wytyka niczego innym. Niech Pan przede wszystkim będzie bardziej samokrytyczny wobec siebie. To Tyle! Serdecznie pozdrawiam!
1. Postrzeganie przez rynek (media, wyborcy) symboliki kolejności na listach - generalnie wygrywają "jedynki" i "dzisiątki", przy czym "jedynki" ciągną za sobą "dwojki".
2. Intencje związane z promocją osób lub osobowości - stąd czasem mało znane postaci na charakterystycznych pozycjach, w tym "jedynek".
3. Ryzyko konfliktów w związku z pozycją na liście- stąd moje złośliwe pytanie o to, jak wyglądałby rozkład głosów na G.Śląsku w zależności od tego czy Buzek/Tusk by był pierwszy/drugi. Ten konflikt wewnątrz PO wszelako już zaczyna wyłazić na wierzch, nie ma raczej wątpliwości, że Buzek jest po prostu lepszy od Tuska.
Przy takich uwarunkowaniach ciężko być demokratą w układaniu listy, a pomysł, żeby listy były układane alfabetycznie, jest z natury kretyński, choćby dlatego, że sporo osób mogłoby chcieć zmienić nazwisko...
Mi wystarczy, że na moich studiach podział na grupy językowe wyglądał tak: A-I: poziom podstawowy, J-P: średniozaawansowany, R-Z: zaawansowany.
Polecam rozważenie tego czy nadal rządzi pieriestrojka czyli postkomuna, czy tez mamy demokracje?
(...) "Wciąż Pan nie rozumie. Nie można stopniować demokracji! O tym, że wybory są demokratyczne świadczy tylko i wyłącznie ich powszechność. Dalsze etapy i mechanizmy systemu wyborczego na to nie wpływają." (...)
A oto moja skromna odpowiedź:
Skoro Pana zdaniem tylko i wyłącznie kryterium powszechności decyduje o tym, czy wybory są demokratyczne, a wszystkie inne mechanizmy nie mają żadnego znaczenia, to na Białorusi mamy wybory demokratyczne. To w takich razie w PRL-u, gdzie były wybory powszechne i we wszystkich innych Państwach totalitarnych też mieliśmy demokrację i demokratyczne wybory. Ale z Pana "znawca" tematyki... "Znakomite" są te Pańskie "naukowe wywody" - podejmując ich trop można dojść do absurdu. Chciałbym się dowiedzieć, na jakiej uczelni Pan zdobywa wiedzę i kto Panu takie brednie wciska, a może po prostu Pan coś źle zrozumiał...?! W każdym bądź razie - niech Pan się już więcej nie ośmiesza, tymi kuriozalnymi, pseudonaukowymi argumentami i nie broni tego patologicznego sposobu ustalania list wyborczych oraz całego systemu wyborczego. Niech Pan po prostu, to wszystko sobie jeszcze raz wnikliwie przemyśli. Bardzo dziękuję za niezwykle wartościowe intelektualnie komentarze i serdecznie pozdrawiam!