Po dłuższej przerwie powróciłem do zainteresowania naszą podwórkową polityką i ze zdumieniem stwierdzam, że przez te kilka miesięcy nic się nie zmieniło. Widocznie jest z nią trochę jak z „Modą na Sukces”, akcja toczy się tak wolno, że można, nic nie tracąc, przegapić i kilkadziesiąt odcinków. (Warto dodać jeszcze, że i aktorzy się nie zmieniają, co najwyżej romansują teraz z kimś innym.)

Ale, ale – choć na scenie politycznej postacie nadal te same i nadal tak samo beznadziejnie odtwarzają swe role (co tyczy się i rządu, i opozycji, która nadal nie potrafi przykuć uwagi mediów, choćby strzępem pozytywnego programu), to na twarzach widowni dostrzegam ostatnio cień poruszenia, który zastąpił powszechne znudzenie (któremu, biję się w piersi, nawet ja uległem). W rozmowach słyszę – „jest szansa na przełom, pozycja Tuska słabnie”; „wojna domowa w Platformie, pomiędzy Tuskiem, a Schetyną, może doprowadzić do rozłamu”; „poparcie dla rządu spada i nawet TVN i Wyborcza, dotąd opisujące Polskę pod rządami PO, jako krainę wiecznego szczęścia, wytykają rządowi błędy”; „wśród młodzieży bycie przeciwko Platformie zaczyna być cool tak jak niegdyś cool było bycie przeciwko PiSowi”, itd.

Z niektórymi zdaniami, zawartymi powyżej, częściowo się zgadzam. Nawet szeregowi członkowie Platformy, wśród których mam kilku znajomych, od dłuższego czasu kręcą nosami na przywództwo swojej partii, narzekając, że w idealnym czasie dla przeprowadzenia reform, nawet tych bardzo trudnych, rząd nie zrobił NIC. Owszem, dostrzegam zmianę nastawienia wielu młodych ludzi, wcześniej bezkrytycznych zwolenników Platformy, dziś coraz częściej szukających alternatyw w postaci UPR, etc.

Zgoda, to wszystko prawda, jednakże w ogóle nie zmienia to obecnej sytuacji na scenie politycznej. Platformie nie grozi rozłam, bo przypadek Palikota i PJN dobitnie pokazał, że w grze liczą się tylko trzy partie: PO, PiS i rosnące w siłę SLD (w przyszłości Palikota wchłonie SLD, a PJN rozejdzie się po PiSie i PO). Nawet jeśli dysydenci byli kretynami skazującymi się na polityczny niebyt (przyznaję, popełniliśmy z Guyem błąd założywszy że politycy zachowują się racjonalnie), to nie znajdą następców. „Ludzie Schetyny” spuszczą po sobie uszy, tak jak wcześniej zrobili to choćby „ludzie Rokity” i po spacyfikowaniu Grześka, zostaną ludźmi kogoś innego.

Nie inaczej jest z reżimowymi mediami, które odważyły się kilka razy wystąpić przeciwko Tuskowi, wypunktować jego błędy i uchybienia. Mimo wszystko nie był to jakiś większy, wyraźniejszy zwrot, który dawałby nadzieję na przyszłość. Gwarantuję, że tuż przed wyborami wróci „pisowski straszak” i namawianie do wyboru „mniejszego zła”, tj. PO i SLD. Warto również zauważyć, że wedle ostatnich badań jak i obserwacji sondaży, utrata poparcia przez PO nie przenosi się na wzrost poparcia dla PiS, tylko najczęściej na wzrost sympatii wobec SLD lub PJN. Kogoś to zresztą dziwi? PiS wciąż gra melodię, której Polacy słuchać nie chcą, pisaliśmy o tym zresztą wiele razy.

Optymizm nie jest czymś złym, bo mobilizuje do działania i budzi z letargu, jednak nie przesadzajmy z nim zbytnio, bo nie mamy ku niemu żadnych powodów. Jedyne pocieszenie brzmi na razie – gorzej nie będzie.

 

Fawkes