14 sierpnia 1920 roku zginął pod Ossowem kapelan 36. pułku piechoty Legii Akademickiej, ks. Ignacy Skorupka. Stworzył wzór kapelana pola walki, podążającego obok swoich żołnierzy idących do ataku. Ten wzór znalazł godnych naśladowców na wszystkich polach bitewnych II wojny światowej. Udział kapelanów wojskowych w ostatniej wojnie, to nie odkryta jeszcze do końca karta naszej historii.

To byli ludzie w mundurach wojskowych z oficerskimi dystynkcjami. Różnili się od innych oficerów znakiem krzyża przypiętym do kołnierza i wyglądającą spod kurtki wojskowej koloratką. Spotkać można ich było wśród żołnierzy września 1939 r., w kampanii francuskiej, pod Narwikiem, Monte Cassino, skakali na spadochronach pod Arnhem, byli uczestnikami partyzanckich tułaczek i konspiracyjnych odpraw, ginęli na barykadach powstańczej Warszawy. Udzielali na polach bitewnych ostatniego namaszczenia, wspierali słabych i wątpiących, opatrywali rannych, a kiedy po walce zalegała cisza, odprowadzali poległych żołnierzy na wieczną wartę.

Ksiądz Stanisław Piotrowski odbywał kampanię wrześniową z 14. Pułkiem Piechoty z Włocławka, uzyskawszy wcześniej pozwolenie biskupa Michała Kozala, zamordowanego później przez Niemców w Dachau. W swojej wrześniowej wędrówce trafił na pobojowisko pełne ciężko rannych żołnierzy: "Posługę religijną oddawałem im często w postawie leżącej. Tylko krótka absolucja i namaszczenie Olejem Św. na czole, tylko słówko pociechy i dalej... Konający nie chcieli tak od razu mnie puścić. Mieli jeszcze ostatnie polecenia dla żony, dzieci i rodziców. Musiałem ich zostawić z rozpaczliwą prośbą w oczach i iść dalej, bo inni czekali..."

Ksiądz Wacław Jabłoński był we wrześniu 1939 r. kapelanem 55. dywizji piechoty, złożonej ze śląskich batalionów Obrony Narodowej. Pod Proszowicami tabory dywizji zaatakowane zostały przez motocyklistów niemieckich. W walce ginie ksiądz kapelan Alfons Kozłowski. "Widzę mundur-czamarę, młoda twarz kapelana pogodna, nie znać na niej przeżytego bólu" - napisze później we wspomnieniach ksiądz Jabłoński.

Ksiądz Antoni Warakomski w 1939 r. z koszar 76 Pułku Piechoty w Grodnie przez Litwę, Łotwę, Szwecję, Norwegię i Anglię trafił do Francji. Tutaj otrzymał przydział do Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich, z którą jako kapelan trafił pod Narwik. Po latach tak będzie wspominał tamte dni: "Kapelani obsługują oddziały walczące, będąc wraz z żołnierzem na pierwszej linii. Posługi swoje świadczą w razie potrzeby swojemu rodakowi, Brytyjczykowi, strzelcowi alpejskiemu, legioniście cudzoziemskiemu, wreszcie Norwegowi - gospodarzowi".

Ksiądz kapelan Adam Studziński był świadkiem straszliwej ofiary krwi naszych żołnierzy pod Monte Cassino. Jego zaś postawa w czasie bitwy znajduje odzwierciedlenie w meldunku, jaki złożył jeden z dowódców kompanii do dowódcy 4. Pułku Pancernego: "Melduję, że w czasie pobytu mego na odcinku, rejon postoju naszej kompanii został ostrzelany przez ciężką artylerię nieprzyjaciela. Kiedy wydobywaliśmy spod gruzów zabitych i rannych, ni stąd, ni zowąd zjawił się jakiś ksiądz, który nie bacząc na pękające tuż w dole pociski zapalającej amunicji moździerzowej, z całym heroizmem i poświęceniem namaszczał ostatnimi Świętymi Olejami zabitych i rannych narażając własne życie. Po pewnym czasie znikł mi ów ksiądz i nie mogłem mu podziękować za takie poświęcenie się ... Melduję o powyższym i proszę o przedstawienie go do należytego mu odznaczenia bojowego."

Księdza Franciszka Mientkiego wybuch wojny zastał we Francji. Zgłosił się do Wojska Polskiego, po przegranej kampanii francuskiej w 1940 roku trafił do Anglii, gdzie został mianowany szefem duszpasterstwa Samodzielnej Brygady Spadochronowej. Skakał na spadochronie wraz z całą brygadą do bitwy pod Arnhem, mając w ładownicach oleje święte zamiast amunicji, a w chlebaku składaną kapliczkę polową zamiast żywności.

Tymczasem w kraju organizuje się Armia Krajowa, ramię zbrojne Polskiego państwa Podziemnego. Biskup polowy gen. Józef Gawlina na wniosek gen. Grota mianuje księdza prałata Tadeusza Jachimowskiego na szefa Służby Duszpasterstwa Sił Zbrojnych w Kraju, polecając mu jednocześnie utworzenie konspiracyjnej Kurii Polowej Armii krajowej (kryptonim "Niekrasz"). Już w roku 1943 wszystkie szczeble "Niekrasza" są obsadzone zgodnie ze strukturą terytorialną AK - począwszy od obszarów, poprzez okręgi i obwody, a na rejonach skończywszy. Kapelani czynnie włączają się w organizację podziemia. Odbierają przysięgę od żołnierzy konspiracji. Rota przysięgi zaczyna się od słów: "W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Maryi Panny, Królowej Polski, kładę swe ręce na ten święty Krzyż, znak Męki i Zbawienia, i przysięgam być wiernym Ojczyźnie mej, Rzeczypospolitej Polskiej...". Księża kapelani zajmują się opieką duszpasterską nad wojskiem, pełnią rolę skrzynek kontaktowych, biorą udział w wydawaniu i kolportowaniu pism konspiracyjnych. Bardzo ważną rolę spełniają kapelani w zakresie tzw. legalizacji. Dostarczają komórkom AK "żelaznych" metryk urodzenia, na ich podstawie wyrabia się w sposób legalny dowody osobiste - kenkarty, używane w Generalnej Guberni. Zbierają informacje, przewożą tajną pocztę, są w lesie wśród regularnych oddziałów partyzanckich, uczestniczą w akcji "Burza".

Dwudziestu dziewięciu kapelanów oddaje swoje życie w Powstaniu Warszawskim. Bezmiar tragedii i bohaterstwa Powstania opisuje ks. Antoni Czajkowski, pseudonim "Badur", kapelan zgrupowania "Chrobry II": "W tym czasie miałem bardzo miłego małego dziewięcioletniego ministranta. Uciekał z piwnicy od swojej matki i chodził za mną jak cień. Idąc ulicą Żelazną dostał odłamkiem w serce, umierał na moich rękach tak spokojnie jakby zasypiał. - Jureczku - rzekłem - ofiaruj swoje życie za wolną Warszawę. Skinął główką - zrozumiał". Kapelanem pułku "Baszta" był legendarny ks. Jan Zieja. Pisarka Teresa Bojarska, łączniczka w powstaniu, tak opisuje jego posługę: "Człowiek w zakurzonych wysokich butach, w ubielonym wapnem, wytartym cegłą kombinezonie, takim jak mój, z taką jak moja biało-czerwoną opaską na prawym ramieniu i ze stułą spowiednika na szyi. Chwilę biegniemy obok siebie. Szepczę, nie, krzyczę, by głos przeniknął huragan dźwięków, swoje wyznanie winy. Uniesiona dłoń, znak krzyża, Ego te absolvo, ta, ta, ta, ta... zamiast palca spowiednika pukającego w drzewo konfesjonału zaterkotała salwa. Rozbiegliśmy się. Kapłan przyklęknął nad rannym, odprowadzić go w lepszy świat, ja - odbiegłam donieść meldunek."

Kapelani wojskowi dzielili również z żołnierzami losy jeńców wojennych. Ten rozdział stanowi najtragiczniejszy moment wojennych losów kapłanów w mundurach. W obozach jenieckich, zarówno niemieckich jak i sowieckich, stali się od razu cierniem w oku władz obozowych. Organizując życie religijne, wnosząc wartości patriotyczne do smutnego obozowego życia, swoją działalnością zaprzeczali głoszonym przez gnębicieli hasłom "ostatecznego załatwienia sprawy polskiej". Konwencja genewska z 1929 roku o traktowaniu jeńców wojennych zapewniała im swobodę praktyk religijnych. Początkowo w niemieckich obozach jenieckich władze zezwalały na organizowanie życia religijnego. Tak np. w Oflagu II B w Choszcznie (Arnswalde), jeńcy urządzili w sali gimnastycznej kaplicę, której znajdował się wykonany przez oficerów ołtarz z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej. Tabernaculum wyrzeźbił z drewna kozikiem jeden z żołnierzy, kaplicę ozdobiono witrażami wykonanymi przez oficera, w cywilu artystę-malarza. Szaty i naczynia liturgiczne zostały przywiezione do obozu przez księdza Mieczysława Szablewskiego.

Pod koniec 1939 roku w większości oflagów odizolowano kapelanów od reszty jeńców. Część z nich przewieziono do oflagu w Rotenburgu w Hesji i umieszczono w osobnym bloku obozowym. W kwietniu 1940 roku, Niemcy przestali już dbać o pozory. Księży kapelanów, którzy dotąd pozostawali jeńcami Wehrmachtu, przekazano SS i przewieziono do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Było to jawne pogwałcenie postanowień konwencji genewskiej. Komendant obozu Karl Otto Koch, zwrócił się do księży z mową powitalną: "Nie jesteście już oficerami, jesteście podżegaczami wojennymi i wkrótce tutaj zdechniecie. Dla was skończyły się przywileje jenieckie..." Wkrótce mundury oficerskie, w które odziani byli kapelani, zastąpiły obozowe pasiaki. W lipcu 1942 roku kapelanów przewieziono do kolejnego obozu koncenttracyjnego, w Dachau, gdzie dołączyli do 1200 więzionych księży i zakonników. Tym razem, mowa powitalna brzmiała nieco inaczej: "Tu nie jest sanatorium. Stąd się wychodzi tylko kominem lub w trumnie." Wyzwolenia obozu nie doczekało 26 kapelanów, oficerów Wojska Polskiego.

Kapelani wojskowi znaleźli się również w obozach sowieckich w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Już na samym początku władze obozowe NKWD zakazały wykonywania praktyk religijnych. Najpierw te zakazy ignorowano, później aby uniknąć represji, stosowano specyficzna formę modlitwy; jeńcy, zakwaterowani w zabytkowej cerkwi, po nastaniu ciemności, odbywali trzyminutową Mszę Świętą pozostając w głębokiej ciszy i skupieniu. Jednak i ta forma życia religijnego nie uszła uwadze NKWD. W noc wigilijną 1939 r. kapelani zostali wywołani, a następnie wywiezieni w nieznanym kierunku. Napisze później prof. Stanisław Swianiewicz, jeden z tych nielicznych, którzy uniknęli masakry w Katyniu: "Misterium nocy Wigilijnej odgrywa jeszcze większą rolę w tradycji kościołów wschodnich, niż w obyczajach chrześcijaństwa zachodniego. Noc cudowna, noc tajemnicza, w ciągu której świat się przemienia. Według legendy w noc tę, gdy pierwsza gwiazda zaświeca na niebie, po ziemi rozlewa się noc cudowna, która sprawia, że często wytrych nie jest w stanie wyłamać zamka, że trzymająca sztylet ręka mordercy bezwładnie opada... Komu i w imię jakiego nakazu było potrzebne, aby w noc tę męczyli się kapłani chrześcijańscy? Pytanie straszne w swej tajemniczej grozie, jak straszną jest bezdenna otchłań duszy rosyjskiej w jej tęsknocie i jej nienawiści do Boga."

Udział kapelanów wojskowych w kampaniach w Afryce Północnej uwiecznił Janusz Poray-Biernacki w książce "Słowo o bitwie". Pod Gazalą walczy Samodzielna Brygada Strzelców Karpackich. Na umocnione pozycje włosko-niemieckie, bez wsparcia artylerii, idzie polski atak. Wśród żołnierzy, kapelan, opatruje ciężko rannego żołnierza: "- Chcesz się spowiadać? - zapytał. - Ja prawosławny, księże. - Głupiś! - podniósł głos ksiądz Matusiński - schizmatyk jesteś nie kacerz. Wierzysz w Boga? - Wierzę - wyszemrał ranny. - To i dobrze. Jak nie ma popa, to ja pop dla ciebie. Rozumiesz? Takie prawo. Krwi dużo uszło, możesz fajtnąć: gadaj a żywo. Trzy minuty, nie więcej, trwała ta spowiedź."

Sierżant Dracki z Warszawy, przed wojną członek PPS i ateista, ranny pod Gazalą tak będzie później wspominał bitwę, w której został ranny: "Usiadł księżyna, głowę moją na kolana sobie położył i powiada: - Kiepsko z panem, panie sierżancie. Trzeba się wyspowiadać. - Ja tam jak wiecie stary pepesiak jezdem i katabasów nie lubię, ale wziął mnie wtedy pomidor. Spowiadałem się. I nawet, powiem prawdę, ulżyło, choć wiele mi gadać nie dał."

Wśród kapelanów II wojny światowej odnajdziemy również późniejszego prymasa Polski, w tamtym czasie księdza Stefana Wyszyńskiego, pseudonim "Radwan II". Był kapelanem okręgu AK Kampinos-Żoliborz. Oto co napisze po latach jego biograf: "Ksiądz kapelan zjawiał się zawsze tam, gdzie go najbardziej potrzebowano... W cierpieniu, w obliczu kalectwa, najdzielniejsi żołnierze tracili odwagę. Obecność młodego księdza na terenie szpitala działała kojąco, chociaż umiał być surowy i wymagający, po żołniersku przemawiał do żołnierzy. Przy pierwszej operacji zapach i widok krwi podziałał na niego tak, że omal nie zemdlał. Wparł stopy w podłogę i modlił się, aż ciemność w oczach ustąpiła, zdołał się przezwyciężyć na tyle, że odtąd niestrudzenie asystował, pomagając lekarzowi i pacjentom przy najtrudniejszych nawet operacjach."

Kapelani wojskowi. Warszawa, Narwik, Monte Cassino, Dachau, Buchenwald, Arnhem - to tylko niektóre stacje na ich drodze krzyża i ofiary. Byli wszędzie tam, gdzie los stawiał najstraszliwsze wyzwania polskiemu żołnierzowi, wszędzie tam, gdzie człowiek potrzebował pomocnej dłoni Człowieka. (tr)

 

Przedruk za zgodą redakcji portalu www.koszalin7.pl